Podstawową komórką społeczną jest rodzina

Długa jest historia wojen i podbojów kaukaskich. Tak jak kaukaska natura, która z niespotykaną intensywnością i gwałtownością regularnie o sobie przypomina tak wichry historii, gwałtowne i intensywne nigdy nie omijały Kaukazu. Przyjmuje się, że na Kaukazie, który ma powierzchnię ponad czterystu tysięcy kilometrów kwadratowych; a więc porównywalną z powierzchnią Polski, mieszka ponad sto różnych narodowości. Każda z tych wspólnot operuje własnym językiem i wykształca własne, niekiedy bardzo odmienne strategie przetrwania w tych niezwykle dynamicznych warunkach. Jednak z wielu różnych instytucji jakie się tu wykształciły próbę czasu najlepiej wytrzymała rodzina. To ona spełnia wiele różnych funkcji w innych społeczeństwach zarezerwowanych dla zupełnie innych bytów organizacyjnych.

Rodzinne spotkania są celebrowane w szczególny sposób. W końcu rodzina to jest siła. Najczęściej w czasie uroczystej kolacji przy bogato zastawionym stole, tamada, którym zwykle zostaje gospodarz lub najstarszy, najbardziej doświadczony członek rodziny wznosi kilka, kilkanaście słusznych toastów, które dodatkowo cementują więź. Urodziny, wesela i pogrzeby należą do szczególnie ważnych świąt. Wszystko co odbywa się poza domem, czyli w przestrzeni publicznej wymaga przygotowań i szczególnej pompy. To co odbywa się w domu, między domownikami powinno tam pozostać. Duży pogrzeb czy wesele to takie, które liczą ponad pięciuset gości i trwają przez kilka dni, a najlepiej tydzień. W dwu tysięcznym dziesiątym roku można było taką imprezę zorganizować za dziesięć, piętnaście tysięcy dolarów. Pomyśli ktoś skąd wziąć takie pieniądze w biednym kraju? Odpowiedź nie jest skomplikowana: rodzina… Rodzina powinna być duża. Jeszcze lepiej kiedy jest przy tym wpływowa i bogata. Wtedy jeśli krewni zrzucą się niewykluczone, że młodzi będą mogli wejść w nowe życie z mieszkaniem i samochodem… Może nie zupełnie nowymi, wymarzonymi, ale to przecież zawsze duże ułatwienie na początku. Na weselu nie może zabraknąć wina. W końcu wino to wesele, a wesele to wino. Z reguły jeden z pierwszych toastów jest za miłość. Pogrzeb, który jest emanacją kultu przodków również znajduje odzwierciedlenie w toastach. Przy odrobinie szczęścia pole do popisu znajdą kamieniarz i grawer, którzy tchną w marmur oblicze zmarłego, a może nawet pokażą potomnym jego zainteresowania i pasje. Na pewno zabłysną krewni, którzy przy posiłku i winie z rozrzewnieniem wygłoszą znakomite toasty na cześć odchodzącego. Urodziny to znakomity powód do usprawiedliwienia się w szkole z nieodrobienia lekcji czy nieprzygotowania się na sprawdzian. Niekiedy uczeń zamiast trafić do szkoły na lekcje okazuje się być dalekim krewnym człowieka chowanego właśnie dziś w sąsiedniej wiosce.

***

Czy znowu miałem szczęście? Czy może solidniej się przygotowałem do wyjazdu? Czy byłem bardziej otwarty, tolerancyjny i bardziej podobny do Gruzinów, z którymi mieszkałem? Czy może wynikało to również z braku bariery komunikacyjnej albo z mojego specjalnego statusu gościa? Zawsze udawało mi się unikać konfliktów z rodziną, z którą mieszkałem i to chyba właśnie dlatego zachowałem tak dobre wspomnienia. Oczywiście raz zdarzył się wyjątek, a to dlatego, że wypiłem z Merabim, choć lekarz wyraźnie mu tego zabronił. Wiedziałem o tym. Trzeba było jednak uczynić zadość starym gruzińskim tradycjom. Swój wyczyn Merabi przypłacił potężnym i niebezpiecznym kacem. Oczywiście nie lałem mu alkoholu do ust. Jednak jego matka i żona winiły mnie. Obyło się bez scen i gorzkich wyrzutów. Gdyby jednak stało mu się coś poważnego wiedziałem, że musiałabym się przeprowadzić co byłoby niezwykle kłopotliwe dla nas wszystkich. Na szczęście Mehrabi po trzech dniach „zmartwychwstał”. Później nie raz pomagałem innym, kiedy bariera językowa i kulturowa okazywała się być źródłem niezrozumienia i kłopotów.

Chociaż na początku miałem motywację i zamiar uczyć się gruzińskiego to jednak trafiłem do batumskiej inteligenckiej rodziny, w której doszlifowałem swój rosyjski. Szybko zresztą okazało się, że mężczyźni w wieku powyżej czterdziestu lat lepiej lub gorzej, ale zawsze mówią po rosyjsku. W czasach ZSRR istniał powszechny obowiązek służby wojskowej. Trzeba wiedzieć, że w Gruzji i chyba w ogóle na Kaukazie z reguły to mężczyzna pełni funkcje reprezentacyjne – dba o dobre kontakty w sąsiedztwie, we wsi, na ulicy czy w mieście. Zwykle koło trzydziestki osiąga dojrzałość i sam musi się zatroszczyć o rodzinę. Przeważnie około pięćdziesiątki gromadzi najszerszą wiedzę; bogate doświadczenie życiowe i co chyba tu najważniejsze bogatą sieć kontaktów i znajomości. Od tego zależy status społeczny. To czyni takiego rozmówcę atrakcyjnym. W Batumi ze względu na mniejszości etniczne rosyjski wciąż pozostaje lingua franca. Jeden z moich znajomych, którego poznałem w „Vinylu” krótko i dobitnie wyjaśnił mi to kiedyś:

– Zanim poszedłem do szkoły rosyjski był mi potrzebny by bawić się z innymi dziećmi na podwórku.

MERABI

Z Merabim pod jednym dachem spędziłem grubo ponad pół roku. Był pięćdziesięcioletnim Gruzinem w sile wieku, szeroki w barach, a jednocześnie szczupły i żylasty. Biegle władał rosyjskim. Jedyne co odróżniało go od Rosjanina gdy mówił to brak akcentu. Stąd i ja mówię bez akcentów. Swój dyplom inżyniera zdobył w Leningradzie – mieście, którego już nie ma. Merabi był towarzyski i mimo trapiących go zgryzot nigdy nie tracił swojego pogodnego usposobienia. Szanowaliśmy się i od razu polubiliśmy się.

Nie wiem po co mi były te studia – mawiał – fakt, dobrze się wtedy żyło w Leningradzie. W ogóle do trzydziestki żyłem jak król, do czterdziestki jeszcze nie najgorzej. Teraz… eh, lepiej nie mówić. Dwadzieścia lat temu mieliśmy tu w Batumi trzy mieszkania i worek z drogimi kamieniami. Kiedy wróciłem ze studiów matka mi go pokazała i powiedziała: urządzaj się, zakładaj rodzinę, będziesz żył w dostatku. Mój ojciec był inżynierem i wicemistrzem ZSRR w zapasach. Matka – profesorem chemii. Zawsze zarabiała lepiej od ojca. Pracowała na uniwersytecie i w fabrykach. W dziewięćdziesiątym pierwszym roku to nasze szczęśliwe życie się skończyło. Gdybym nie wiedział jak smakuje bogactwo lżej by mi się teraz żyło.

Kiedy w połowie lat osiemdziesiątych zaraz po studiach wróciłem do Batumi i zacząłem pracować w fabryce papierosów dobrze zarabiałem. Regułą było, że wszyscy ci, którzy tam pracowali wynosili i sprzedawali papierosy na równowartość swojej miesięcznej pensji. Tak robili wszyscy, poczynając od sprzątaczek na dyrektorze kończąc. Jeśli trafił tam przez przypadek nowy, uczciwy pracownik to całe to środowisko było zdeterminowane by nauczyć nowego kolegę uprawianego procederu. Gwarantowało to bezkarność i utrzymanie dotychczasowego pułapu dochodów. Towar był sprzedawany turystom lub marynarzom, którzy tłumnie w tamtych czasach odwiedzali Batumi. Było wśród nich całkiem sporo Polaków. To byli urodzeni handlarze – wspominał dobre czasy Merabi. Przywozili dżinsy i odzież często z Turcji, którą można od nich było kupić za dolary. To była markowa odzież i jak na tamte czasy wyjątkowo dobrej jakości.

Po wysłuchaniu tej historii byłem nieco skonsternowany. Zawsze sądziłem, że to my Polacy i nasza polska „Solidarność” mamy stosunkowo duży wkład w podważeniu ZSRR.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przyjeżdżały do nas, do Gruzji rzesze turystów. To w dużej części byli Rosjanie z Moskwy, Leningradu i innych dużych miast. W większości bardzo porządni ludzie – ciągnął Merabi. W tamtych czasach wielkim powodzeniem cieszyły się nasze cytrusy. Większość mandarynek jakie trafiała do ekskluzywnego kręgu odbiorców w Rosji Radzieckiej pochodziła z Gruzji. Do gospodarza na wsi, który miał ich plantacje podjeżdżała ciężarówka. Rosjanie zbierali mandarynki, ładowali je, dobrze płacili gospodarzowi po czym odjeżdżali. W ten sposób gospodarz kasował całkiem przyzwoite pieniądze, nie kiwając przy tym nawet małym palcem.

Z innych rozmów wiem, że podobnie było z herbatą, którą Rosjanie brali bez względu na jakość i w każdej ilości. Dziś było to źródłem wielu kłopotów. Objawiało się często wyuczonym przez lata lenistwem plantatorów, którzy ani nie szukali zbytu ani nie zbierali swoich plonów. Gruzini tłumaczyli fenomen łatwości z jaką robili interesy z Rosjanami i swoje dostatnie życie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zakodowanym strachem Rosjan przed Gruzinami. W warunkach pielęgnowanego etnocentryzmu było to najprostsze wyjaśnienie, wzmocnione kliszą bohaterstwa Stalina i Berii głoszoną przez oficjalną radziecko-rosyjską propagandę. Niewątpliwie jednak musiało w tym być sporo prawdy. Trudno było wyobrazić sobie by Rosjanie, którzy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przyjeżdżali do Gruzji, nie mieli w swojej zbiorowej pamięci głęboko zakodowanego strachu przed dwoma mrocznymi Gruzinami, którzy zdziesiątkowali ich przodków i okaleczyli wiele rodzin. Wypada jednak od razu dopowiedzieć, że ani Stalin ani Beria nie mieli wiele wspólnego z typowo pogodnymi Gruzinami, których spotykałem, dla których szczęście najbliższych było priorytetem.

Testem dla mojej zażyłości z Merabim i w ogóle z rodziną były wizyty Saszki – neuropatologa, który mieszkał w sąsiedztwie. Był przyjacielem rodziny. Z Merabim znał się od dzieciństwa. Saszka w czasie swoich wizyt często próbował mi udowodnić jakąś swoją wyższość albo przynajmniej zaimponować czymś lub przestraszyć. Zawsze obracałem wszystko w śmiech w czym Merabi bardzo mi pomagał. Chyba oboje mieliśmy niezły ubaw. Sam pompatyczny styl wywodów Saszki prowokował celny, ironiczny odwet.

Wieczorami, gdy nie wychodziłem do „Vinylu” lub „Press Cafe” grywałem z Merabim w warcaby. Siadaliśmy wtedy naprzeciwko siebie z tym wszystkim co mamy. On ze ścisłym umysłem inżyniera; decyzyjnością i błyskotliwością swoich wojowniczych przodków oraz całą swoją emocjonalnością. Ja miałem mniej atutów: byłem gotowy do przyjmowania porażek, ale i wyciągania wniosków, miałem europejską skłonność do dzielenia włosa na czworo. Brakowało mi pewności siebie i w porównaniu do mojego przeciwnika miałem mało rozwiniętą ekspresję.

Bezmiar moich klęsk ograniczany był tylko sporadycznie nawiązywaną walką. Jednak nie wszystkie partie kończyły się wygraną Merabiego. Na początku zawsze uzyskiwał przewagę kilku wygranych partii. Moją szansą było uśpienie jego uwagi, zmęczenie lub zniechęcenie z reguły pod koniec naszych rozgrywek. Graliśmy razem przez kilka zimowych miesięcy i w miarę upływu czasu nasze zmagania nabrały poważnego charakteru.

Mieszkaliśmy razem – pod jednym dachem. Jednak kontekst kaukaskiego tygla narodów powodował, tak jak to wtedy odczuwałem, że w zasadzie reprezentowaliśmy wobec siebie swoje narody. Mnie było niekomfortowo cały czas brać cięgi i nie robić postępów. Merab przeważnie wygrywał, nie był jednak w stanie powstrzymać mnie od wygrywania pojedynczych meczów. Trudno powiedzieć czy właśnie to, że zwycięstwa nie były absolutne było źródłem jego niedosytu. Być może obserwował mnie i próbował mój charakter tak samo wnikliwie jak ja jego. W każdym bądź razie ponawiał codziennie ofertę gry. Czasami nasza rywalizacja przybierała groźny charakter. Spieraliśmy się co do niezapisanego wyniku spotkania, lub co do niektórych zasad. Merabi jako starszy, bardziej doświadczony gracz i jako gospodarz spotkań „ciężar” rozstrzygania w tych kwestiach brał na siebie. Moja pamięć płatała figle i często dążyła do umniejszenia rozmiarów klęski. Wprawiało to w głębokie oburzenie mojego oponenta, który czynił mi wtedy gorzkie wyrzuty. Zaczęliśmy zapisywać wyniki poszczególnych partii. Muszę przyznać na swoją obronę, że w miarę upływu czasu Merabi wygrywał coraz mniejszym stosunkiem punktów.

Zwykle graliśmy po dziesięć – czternaście meczy. Jeśli udawało mi się przerwać pasmo zwycięstw Meraba na samym początku spotkania, wówczas jego choleryczna strona często brała górę nad jego empatią, dzięki której spoglądał na moje pionki z mojej perspektywy. Wtedy moje szanse na wygraną lub remis szybko rosły.

GOGI

Czyli Kachetyjski Giorgi. W Metehi nieopodal Gori, w wewnętrznej Kartlii znalazł się tak jak ja – przez przypadek. Został tam jednak. Nie żałował tego i chyba był szczęśliwy. Jego rodzice w Kwareli chcieli by został uczonym. On jednak zawsze chciał być piłkarzem. Wola rodziców okazała się być nie do pogodzenia z jego marzeniami, tym bardziej, że rodzice byli zdecydowani forsować ją podstępem. Gogi podziękował im za wychowanie i wszystko co dla niego zrobili po czym, co w Gruzji dość nietypowe, miał raz na zawsze opuścić swoje rodzinne Kwareli. Czasy kiedy z reprezentacją Gruzińskiej SRR podróżował po ZSRR do dziś miło wspomina. Podobnie jak służbę w wojsku:

– Moją grupę wysłano na Syberię. My Gruzini źle znosimy zarówno tamtejszy klimat jak i pierwszą długą rozłąkę z rodziną. W zasadzie wszyscy najpierw trafiliśmy do szpitala. Po paru tygodniach w końcu jednak przywykliśmy. Jak większość z nas czekałem na pierwszą dłuższą przepustkę. Pierwsze tygodnie i miesiące były trudne. Jedynie miejscowi byli dość sympatyczni. Na przepustce z niewielkim tobołkiem poleciałem przez Moskwę do domu. W drodze powrotnej do jednostki miałem ze sobą dwie duże stare walizy, które znalazłem w domu. W walizkach umieściłem zbiorniki i po brzegi wypełniłem je najlepszą czaczą. Cała jednostka przez dwa tygodnie chodziła zygzakiem. Odtąd przepustki nie były dla mnie problemem.

Gogi był nadopiekuńczy. Podobno to typowa cecha mieszkańców Kachetii. Choć do szkoły nie było dalej niż półtora kilometra, a we wsi wszyscy znali się jak łyse konie, codziennie rano odwoził do szkoły mnie i swojego siedmioletniego wnuka Giorgiego. Po drodze pozdrawiał wszystkich spotkanych unosząc rękę i trąbiąc klaksonem. To mogła być wyrafinowana gra o prestiż rodziny i swój własny. Nie każdy we wsi mógł mieć taki samochód. Gogi zatrzymywał się i dopóki nie załadował swojej zadbanej Vectry siedmioma, ośmioma dzieciakami niemal wszystkim oferował podwiezienie.

– Potrafię prowadzić. Zawsze miałem samochód choć nigdy nie miałem prawa jazdy. Nie było mi wcześniej potrzebne… Wszyscy mnie znali – grałem w reprezentacji. Gdy zatrzymała mnie policja dzwoniłem do pierwszego sekretarza i na tym się kończyło. Teraz uczę się testów i wkrótce pojadę do Gori na egzamin.

Gogi był amatorem ciastek i wszystkiego co słodkie. Powtarzał, że lekarz wypisał mu na nie receptę. Jego żona dorzucała, że na tej recepcie jest też jazda samochodem. Mnie zaś lekarz zapisał… wino…, które stało u Gogiego w piwnicy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s