Stracone pokolenie

Byliśmy przybyszami z zachodu – młodymi Europejczykami i Amerykanami. Dzięki gościnności Gruzinów było nam łatwiej. Większość z nas pracowała w szkołach lub brała udział w różnego rodzaju projektach organizacji pozarządowych. W ten sposób rozpoczynało się nasze życie zawodowe.

Niektórzy z nas byli oczytani, świetnie wykształceni i znali po kilka języków obcych. Nie baliśmy się wyzwań. Ciekawość świata zagnała nas aż tutaj. Pomimo tego „u siebie” – we Włoszech, w Polsce czy w Hiszpanii nie mielibyśmy szans na znalezienie zajęcia, które korespondowałoby z naszymi kwalifikacjami i zainteresowaniami. Tu byliśmy szanowanymi ze względu na wykształcenie, znajomość języków i umiejętności Europejczykami i Amerykanami. Wielu z nas było bogatych w doświadczenia z podróży zagranicznych. Jeśli decydowaliśmy się pozostać tu na dłużej nie musieliśmy zaczynać karier zawodowych od niewdzięcznych i stresujących prac w korporacjach.

Po godzinach pracy, kafejki w większych miastach służyły nam za stałe miejsce spotkań. Byliśmy w podobnym wieku, w podobnej sytuacji i mieliśmy podobne problemy. Było o czym dyskutować. Przynajmniej na początku łatwiej nam było komunikować się ze sobą wzajemnie niż z autochtonami. Wszyscy mieszkaliśmy z gruzińskimi rodzinami i to wymagało wysiłku adaptacyjnego, w którym się wzajemnie wspomagaliśmy. Tworzyliśmy wspólnotę – wymienialiśmy informacje i techniki radzenia sobie z problemami. Ci z nas, którzy w Gruzji byli dłużej mieli już wiedzę i kontakty. Ci, którzy zdołali nauczyć się gruzińskiego byli jeszcze cenniejszymi rozmówcami i to oni nadawali ton naszym spotkaniom. Każdy z nas coś z takiej wymiany informacji wynosił – zwykle więcej czerpał na początku by w miarę upływu czasu coraz więcej wnosić. Mieliśmy wsparcie właścicieli kafejek, którzy interesowali się nami i często mieli na koncie jakieś wyprawy czy dłuższe pobyty w Europie lub w USA. Do „Vinyla” często zaglądali dziennikarze z ulokowanej niedaleko Adżarskiej Telewizji. Można też było napić się piwa czy doskonałego miejscowego wina z przedstawicielami lokalnej, żywej i niezwykle barwnej bohemy artystycznej.

Często dobieraliśmy się w grupy do wspólnych wycieczek czy odwiedzin przyjaciół w innych miastach czy po prostu żeby miło ze sobą spędzić czas. Okazji było całkiem sporo. Mogło to być karaoke organizowane przez Amerykanów w Zugdidi dla zbiórki pieniędzy na jakiś szczytny cel. Były zloty obcokrajowców jak ten w Martwili z meczem Gruzini kontra reszta świata. Wreszcie piękno Kaukaskiej przyrody tej martwej i tej ożywionej sprawiało, że w czasie mojego ośmiomiesięcznego pobytu w Batumi dwóch Amerykanów wzięło sobie Gruzinki za żony – część z nas jeździła więc i na wesela. W ten sposób stracone pokolenie, które w swoich ojczystych krajach musiałoby uczestniczyć w tak zwanym wyścigu szczurów zatracało się tutaj. W Gruzji było łatwiej. Stała praca sprzyjała odnalezieniu spokoju, harmonii, może nie wystawnego, ale za to godnego życia, w którym mogliśmy normalnie pracować i zasłużyć na mniej lub bardziej powszechny szacunek.

Często w grupach jeździliśmy do Tbilisi i korzystaliśmy z jego atrakcji i nocnego życia. Na weekendy ściągali tu podobni do nas wolontariusze z całej wschodniej Gruzji. W Tbilisi natknąłem się kiedyś na Miszę. To był wysoki, rosły Polak przed trzydziestką. Swój pobyt w Gruzji rozpoczął od kilkumiesięcznego pobytu w Swanetii gdzie uczył angielskiego. Ten pobyt w Swanetii musiał mu bardzo pasować. Po pierwsze lubił trekking, po drugie nie wylewał za kołnierz. Teraz prowadził w Tbilisi hostel ze swoim polskim wspólnikiem – prawnikiem; który wcześniej pracował w organizacji zajmującej się pomocą humanitarną po drugiej – rosyjskiej stronie Kaukazu. On mówił po rosyjsku z akcentem. My już nie. Obaj choć znali języki: polski i rosyjski najchętniej posługiwali się angielskim. W miarę jak ich interes rozwijał się, do pomocy wzięli sobie młodego Rosjanina, który niedawno przyjechał do Tbilisi. Byłem akurat w ich hostelu tego wieczoru kiedy w czasie Euro 2012 reprezentacja Polski grała mecz z Rosją. Do pubu poszliśmy razem – we czwórkę. Zdziwiłem się nieco kiedy moi ziomkowie oświadczyli stanowczo i zgodnie, że kibicować będą Rosji. Z początku myślałem, że to żart. Byłem jednak w błędzie. Patrząc na młodego Rosjanina i na to jak kibicuje swojej narodowej drużynie szybko zrozumiałem dlaczego. On nie był jeszcze gotów do zarzucenia myślenia kategoriami narodowymi. Młodym Polakom przychodziło to dużo łatwiej. Ja siedziałem między nimi przy stole i próbowałem zachować neutralność życzliwą polskiej drużynie. Bardzo ucieszył mnie remis. Zdawałem sobie sprawę, że na zwycięstwo Polaków, na które tak liczyli Gruzini były bardzo małe szanse.

***

W czasie jednej z wiosennych wypraw nasza grupka dotarła do niewielkiej wioski Kwerike oddalonej o kilka kilometrów od położonego na wybrzeżu Kobuletti. Sam przejazd niedługim odcinkiem szosy przez górzyste wybrzeże dostarczał mi zawsze sporo frajdy. Pokonywało się tunel przy malowniczo położonym batumskim ogrodzie botanicznym. Później marszrutka pięła się serpentynami w górę, najpierw po zboczu. Później szosa biegła grzbietem góry by znów serpentynami sprowadzić auta do brzegu. W Kwerike stał mały drewniany meczet z siedemnastego wieku, gdy tylko pogoda dopisywała z okolicznych wzniesień był bardzo ładny widok na Elbrus – najwyższy szczyt Kaukazu. Był stąd widoczny jak na dłoni. Nieco wyżej natrafiliśmy na niewielki kościół greckokatolicki. Jak się okazało po rozmowie z mieszkańcami do początku lat dziewięćdziesiątych wieś była zamieszkana głównie przez Greków. Po upadku ZSRR niemal wszyscy wyjechali do Grecji. Ich opuszczone domy wciąż stały we wsi. Dla nas były pomnikami wędrówek ludów, które jak się okazywało wciąż trwały.

 Dustin był amerykańskim żydem. Oczytanie i ambicje naukowe predysponowały go na intelektualistę. Zawsze wieczorem przesiadywał w „Winylu” i chętnie gawędził ze znajomymi, w poczet których mógł szybko zaliczyć wielu wpływowych Gruzinów. W ciągu sześciu miesięcy nauczył się mówić po gruzińsku. Ani ruda czupryna, ani duże okulary w czarnych oprawkach ani śmieszny akcent, z którym mówił nie odbierały mu powagi. Wszyscy bardzo go lubiliśmy. Pomagał innym. Służył dobrą radą i zawsze można było na niego liczyć. Przed przyjazdem do Gruzji studiował antropologię w USA. Chyba chciał się doktoryzować, a pobyt w Gruzji mógł mu to bardzo ułatwić. Widać było, że chce tu zostać na dłużej. Ćmił z rzadka papierosy i nie unikał okazji do zamanifestowania swoich lewicowych poglądów. Regularnie krytykował i narzekał na amerykańską rzeczywistość. Musiało być mu duszno w ojczyźnie. Swojego ojca określał jako człowieka korporacji. W święta kiedy mógł tak jak inni na koszt Ministerstwa polecieć do domu, wybierał podróż w drugą stronę za tę sama cenę. Z wakacji w Azji wracał zawsze opalony, uśmiechnięty i pełen energii.

Gruzini przyjmowali nas takimi jacy byliśmy. Nikt nas nie pytał o proweniencje czy motywy przyjazdu. W szkołach pracowaliśmy z ich dziećmi, które uczyły się od nas języka, otwartości i ciekawości świata. Społeczeństwo, które po ponad dwudziestu latach transformacji znajdowało się w stanie anomii nadal zachowało pewien podstawowy zestaw wartości i względnie wysoki poziom zaufania. Byliśmy w Gruzji i byliśmy gośćmi. W kłopoty najczęściej popadali ci z nas, którzy nie mogli tego zrozumieć.

Dużo większe poczucie wspólnoty dawałoby przejście na Islam. Muzułmanie, których tu obserwowałem żyli w bardzo zwartych wspólnotach i bardzo się o siebie nawzajem troszczyli. Zważywszy jednak obowiązujące rygory, przejście moich zachodnich rówieśników na Islam wymagało by od nich radykalnej zmiany trybu życia. Porzucenie indywidualizmu i rozpuszczenia jego resztek w muzułmańskich wspólnotach było by chyba minimalną ceną. Jakoś nikt nie miał do tego wystarczających chęci. Już życie pomiędzy Gruzinami dawało się nam we znaki. W pobliżu batumskiego meczetu często widywało się młodych pielgrzymów z Azji Środkowej; Kazachstanu, Kirgistanu, Tadżykistanu, Uzbekistanu, Turkmenistanu. Tam po upadku ZSRR Islam święcił triumfy.

***

Tak, wielu z nas było już straconych… Po dłuższym pobycie w Gruzji wiedzieliśmy już, że są alternatywy i można żyć nieco inaczej; nie koniecznie według klisz wysmażonych przez lobbystów w Brukseli czy Waszyngtonie. Ten ostatni też zresztą jeszcze nieco ponad dwieście lat temu uchodził za stolicę państwa straceńców.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s