Szok kulturowy i praca w Gruzji

Większość z nas wyjeżdża za granicę do odległych i egzotycznych zakątków w interesach lub dla wypoczynku. Z reguły są to jednak krótkoterminowe podróże i nie trwają dłużej niż dwa, trzy tygodnie. W ten sposób omija nas jedna z najciekawszych atrakcji jaką jest zjawisko tak zwanego szoku kulturowego. Zwykle jest on tym głębszy im większe różnice kulturowe i problemy z komunikacją – również tą niewerbalną pozostają do pokonania.

Umiarkowana ciekawość, wrażliwość, bystrość, szybkie uczenie się pomagają poradzić sobie z funkcjonowaniem w nowym środowisku. Najważniejsze jest chyba jednak przekonanie, że nie ma kultur lepszych czy gorszych, dobrych czy złych… One po prostu są różne. Warto nawet przyjąć, że są optymalnie dopasowane do kombinacji czynników geograficznych, politycznych, religijnych, historycznych i innych bez przestudiowania i zrozumienia których, lepiej nie pouczać autochtonów.

Na początku wszystko było nowe, ciekawe, egzotyczne, atrakcyjne i fascynujące. Jednak już po dwóch tygodniach gdy rozpocząłem pracę w szkole sprawy nieco się skomplikowały. Ze względu na upał i wilgotność – Batumi ma klimat subtropikalny – po ulicach chodziłem zawsze w krótkich spodenkach tymczasem w szkole…

 – Nie możesz przychodzić do szkoły w krótkich spodenkach. To jest niezgodne z naszą praktyką.

Mariza miała rację. Te same zasady obowiązują w Polsce i w całym cywilizowanym świecie. W Polsce jednak, przynajmniej na wybrzeżu temperatura nie przekraczała nigdy trzydziestu stopni, a powietrze nie było nasycone wilgocią tak jak tu. Należało się podporządkować i choć wydawało mi się, że w długich spodniach zaraz się ugotuję, wytrzymywałem dzięki wlewanym w siebie zimnym płynom. Wkrótce zaczęły się problemy z chronicznym zapaleniem gardła. Trwało to mniej więcej do października kiedy temperatura powietrza zbliżyła się do dwudziestu stopni. Dzięki odstawieniu zimnych napoi i niezaspokojonemu apetytowi na cytrusy i winogrona, które rosły tu nawet w parkach i na ulicach, szybko zapomniałem o początkowych kłopotach z adaptacją.

Do szkoły przychodziłem codziennie, ale na krótko. Później udało mi się zreorganizować swoje zajęcia również dzięki przychylności Marizy tak, że przychodziłem w zasadzie w poniedziałki, środy i piątki. Zakładałem szkolne kluby europejskie, które miały zainteresować, przybliżyć i przetłumaczyć wielkie europejskie idee na język nastolatków. Na początku – w ciągu pierwszych dwóch tygodni wydawało się, że wszystko idzie jak najlepiej. Młodzież w większości z jedenastej i dziesiątej klasy chętnie przychodziła na spotkania. Z dwunastą klasą dałem sobie spokój ponieważ oni skupiali się na egzaminach i myśleli o studiach. Przychodzili z ciekawości. To ja ich ciekawiłem. Postanowiłem, że nie będzie mi to przeszkadzać. Przeciwnie, należało to wykorzystać. Szybko się okazało, że pomimo entuzjazmu, poparcia i deklarowanego wywiązania się z pierwszego zadania – opisania pomysłu na klub i zaproponowania działań trafiło do mnie ledwie kilka prac. To samo w ciągu kolejnego tygodnia, które dałem na poprawienie się. Za powierzchownymi entuzjazmem i zgodą co do słuszności moich propozycji krył się brak gotowości do jakichkolwiek działań. Wkrótce liczne dotychczas grono uczestników spotkań zaczęło się pomniejszać. Wróżyło to poważne problemy.

Odtąd wiele rzeczy, do których musiałem się przyzwyczaić zaczęło mnie irytować. Szczególnie denerwujący był dla mnie brak rozdziału między pracą, a życiem prywatnym oraz brak anonimowości zakrawający o brak prywatności. Jednak gdy dowiedziałem się, że młodzi Amerykanie, wolontariusze Peace Corps trafiali do Adżarskich wiosek i w zasadzie mieli zakaz ich opuszczania przez dwa lata uznałem swoją dolę za luksus, a ich odwagę za straceńczą. Drażniło mnie inne pojmowanie czasu od tego, które obowiązywało w Polsce i w ogóle na Zachodzie. Trudno mi było interpretować permanentne spóźnienia inaczej niż jako wyraz lekceważenia. Tendencja do kolektywnego rozwiązywania problemów i konfliktów przypominała nieraz indywidualnie wyuczoną bezradność, z którą teraz rzeczywiście próbowano walczyć. Niechęć definiowania i co za tym idzie rozwiązywania problemów skutkowała zamiataniem ich pod dywan.

Dużymi krokami zaczął zbliżać się październik i festiwal europejski, który mieliśmy współorganizować. Patronat nad imprezą objęło Ministerstwo Edukacji Kultury i Sportu i kiedy w szkole pojawiła się o tym informacja przygotowania nabrały tempa. Uległo ono zwielokrotnieniu gdy w szkole pojawiła się pani urzędnik z ministerstwa. Na krótko przed festiwalem z udziałem Ministra i zagranicznych gości udało się doprowadzić do prób. Przedsięwzięcie wypadło nie najgorzej. Prezentacja przed gośćmi była oczywiście o dwieście procent lepsza od ostatniej próby.

Kilka miesięcy później byłem świadkiem renowacji cerkwi w starym Batumi na ulicy Parnawaza Mepe przed koncertem Andrea Bocellego na nowo wybudowanym placu. Na początku prace posuwały się powoli, wydawało się, że swoim zwykłym tempem. Na kilka tygodni przed wizytą tempo uległo znacznemu przyspieszeniu, aby na kilka ostatnich dni przed koncertem przyspieszyć do trzech zmian przy sztucznym oświetleniu. Na dzień przed przyjazdem śpiewaka i prezydenta Saakaszwilego położono ostatnie cegły i dachówki. Na Piazzy odbył się uroczysty koncert transmitowany przez telewizję. Po wszystkim raz jeszcze kontynuowano prace renowacyjne. Rozebrano położone w ostatnich dniach cegły i dachówki. Pewnie i tak wkrótce by spadły. Następnie powoli, spokojnie i dokładnie ułożono je raz jeszcze.

W zrozumieniu tego fenomenu i zreorganizowaniu mojej pracy z młodzieżą pomogły mi kluby filmowe prowadzone w Press Cafe. Wysoki poziom tego ciekawego przedsięwzięcia zapewniali wtedy Giorgi Gogiberidze – dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Batumi oraz profesor Giorgi Masalkini – filozof i wykładowca Batumskiego Uniwersytetu. Gdy zauważyli, że regularnie ich odwiedzam puścili „Podwójne życie Weroniki” Kieślowskiego. To był ukłon w moja stronę. Najciekawsze dla mnie było jednak to, że ten klub filmowy spełniał funkcję oddolnego pluralizowania i demokratyzowania społeczności poprzez naukę formułowania i obrony własnego zdania.

Gruzińska sztuka filmowa wskazywała, że w pracy z Gruzinami pojawia się jeden zasadniczy problem. Oni wykazują aktywność jedynie w dwóch skrajnych sytuacjach. Po pierwsze, pod przymusem gdy w grę wchodzą jakieś sankcje. Po drugie, gdy rzeczywiście coś polubią lub pokochają i bardzo chcą. Tak jak połowa miejscowych postanowiłem od razu wykluczyć to pierwsze z arsenału swoich środków. Nie miałem zamiaru zniechęcić młodych do wszystkich Polaków, których spotkają w przyszłości. Po drugie wolałem nie ryzykować ewentualnego spotkania z rodzicami. Trzeba ci drogi czytelniku wiedzieć, że gruzińskie rodziny swoją latorośl otaczają szczególną opieką.

Przychylność Marizy, jak i generalnie władz, wolna ręka co do moich szkolnych inicjatyw, rozbudowane kontakty, sympatia i wiarygodność jaką cieszyłem się wśród przyjaciół z Europy, którzy dla miejscowej młodzieży wciąż stanowili atrakcję, pewien rozgłos, który powstał po Festiwalu europejskim były moimi atutami, które postanowiłem wykorzystać. Pomagała mi Adżarska telewizja, a właściwie Merab – jeden z jej zdolniejszych dziennikarzy. Tych wszystkich atutów było więc całkiem sporo. To mogły być przesłanki przyszłego sukcesu. Nowości w metodach pracy z młodzieżą jakie, cenili i których często używali nauczyciele w mojej szkole obejmowały różne formy gier i zabaw. Poprzez wykorzystanie prostych mechanizmów rywalizacji, pobudzali i angażowali uczniów. Dzięki temu na tych lekcjach nigdy nie było nudno.

Co trzy tygodnie organizowałem konkurs wiedzy o Unii Europejskiej, Polsce, Niemczech, Włochach. Do udziału zapraszałem wszystkie kluby w Adżarii – działało kilka klubów w Batumi, działał klub w Kedzie, a nawet w Szuakewi, bardzo dobrze działał klub w Kobuletti. Konkursem dla wszystkich uruchamiałem całą sieć. Młodzi mieli dwa tygodnie na opanowanie tematu za pośrednictwem anglojęzycznej Wikipedii. Ja przygotowywałem prezentację z pytaniami, lub pomagałem przyjaciołom taką przygotować. Konkurs dotyczący Niemiec prowadził mój przyjaciel z Drezna – Paul, a konkurs dotyczący Włoch poprowadziła Kiara – rodowita Włoszka. Do wygrania były nagrody, które zwycięskie zespoły z różnych szkół dzieliły między siebie. Nagrodami były gadżety promocyjne z ambasad, po które jeździłem do Tbilisi. Ich wartość pewnie jedynie nieznacznie przekraczała cenę biletu w obie strony, jednak miało to tę podstawową zaletę, że ambasady i stałe przedstawicielstwo UE popierały te konkursy co gwarantowało zaangażowanie promocję i jak się później okazało ciągłość współpracy. Młodzi wiedzieli, że ambasady się interesują, a dzięki flagom, proporczykom mieli namacalne dowody, że uczestniczą w czymś ważnym. Zwycięzcy mogli wygrać flash dyski czy biało czerwoną piłkę nożną. Całe moje przedsięwzięcie wymagało planowania co w Gruzji nie było łatwe. Skutkowało jednak ciągłością i kontynuacją na czym bardzo mi zależało. Oprócz poczucia dobrze wykonanej pracy dawało to frajdę wszystkim zaangażowanym. Z Paulem i Kiarą szybko się wtedy zaprzyjaźniłem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s