Dato zawodowiec

Batumi nie posiada własnej stacji kolejowej. Pociągi do Tbilisi odjeżdżają z Mahindżauri oddalonego od Batumi o około pięć kilometrów. Po gruzińsku Mahindżauri znaczy tyle co niebezpieczny, szpetny, okaleczony. Miejscowość swoją nazwę zawdzięcza legendzie, według której żołnierze w służbie imperium Ottomańskiego mieli tu prześladować i dręczyć lokalnych chrześcijan. Nie wykluczone, że w tej legendzie tkwi cząstka prawdy. W czasach imperium Adżaria słynęła z nielegalnej produkcji broni palnej.

Wsiadłem do nocnego pociągu relacji Mahindżauri – Tbilisi. Mój przedział był pusty. Składał się z czterech miejsc leżących, spośród których dwa dolne były złożone i chwilowo służyły do siedzenia. Usiadłem wygodnie w pobliżu okna. Spodziewałem się, że w kolejnych miejscowościach ktoś jeszcze wsiądzie do przedziału, który teraz był do mojej dyspozycji. Przy oknie był stolik, a na ekranie nad nim rozpoczęła się właśnie projekcja kultowego gruzińskiego filmu pod tytułem „Ojciec żołnierza” z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego czwartego roku. Przesunąłem się w kierunku korytarza, tak by wygodniej było mi go oglądać.

DSCF6099

Było już ciemno, kiedy w jednej z nadmorskich miejscowości do mojego przedziału dosiadło się dwóch dobrze zbudowanych Gruzinów w czarnych skórzanych kurtkach. Sprężyste, zdecydowane ruchy, zwięzłe komunikaty jakie między sobą wymieniali i wiek około trzydziestu lat mogły zdradzać że byli to żołnierze. Nie. To byli raczej funkcjonariusze jakichś elitarnych służb lub jednostek. Ubrani byli po cywilnemu i gdy ściągnęli kurtki jeszcze wyraźniej było widać ich wysportowane smukłe sylwetki bez ani jednego zbędnego mięśnia czy grama tłuszczu. Byłem zaniepokojony. Dlaczego jechali pociągiem, a nie samochodem i dlaczego trafili akurat do mojego przedziału? To były pytania, na które chwilowo wolałem nie udzielać sobie odpowiedzi. Nie pozostawało mi nic innego jak wyczekiwać i liczyć na szczęście. Nie mogłem jednak porzucić myśli, że jeśli zaczną mnie przesłuchiwać, a nie mogłem wykluczyć, że właśnie po to się tu znaleźli, będę miał małą szansę na dotarcie do Tbilisi bez, delikatnie mówiąc, jakichś nieprzyjemności. Na stoliku położyli kiełbasę dwa bochenki chleba oraz sos chili. Pod stolikiem dwudziestoparolitrowy kanister. Nieuchronnie zbliżał się typowy dla każdej podróży nocnym pociągiem rytuał wymiany podstawowych informacji o sobie i choćby powierzchownego poznania się.

 – Mam na imię Dato – zwrócił się do mnie od razu po rosyjsku.

Ton jego słów tak samo jak ruchy wyrażał siłę i precyzję. – To jest Mamuka – ciągnął dalej wskazując na towarzysza i biorąc na siebie rolę wodzireja. – Jedziemy na wesele do Tbilisi. Spojrzałem na kanister dla którego Mamuka szukał teraz lepszego miejsca. – W kanistrze mamy wino. Napijesz się z nami… To w zasadzie nie było pytanie. W takich sytuacjach nie należało odmawiać. To byłaby obraza, a ja nie zamierzałem ryzykować. – Co porabiasz tak daleko od domu? Padło wreszcie pytanie, którego się obawiałem. Krótka szybka wymiana zdań nie pozostawiała zbyt wile miejsca do konfabulacji. Mój niepewny czy łamiący się głos mógłby być odebrany jako słabość i oddawanie pola. Niespójnymi odpowiedziami znów ryzykowałbym obrazę. Odpowiadałem krótko, zdecydowanie i zgodnie z prawdą. Można powiedzieć, że moja odwaga brała się ze strachu. W ruch poszły szklaneczki z winem i pierwsze toasty z kanonu obowiązkowych. Mamuka pokroił kiełbasę na równe kawałki. Maczaliśmy ją w sosie chili i zjadaliśmy razem ze świeżym chlebem. W końcu Dato wygłosił piękny toast:

 – Wypijmy za wszystkich żołnierzy, którzy walczą i przelewają krew w obronie ojczyzny. Byłem pod wrażeniem… Zapewne nie uszło to jego uwadze. Byliśmy skoncentrowani na sobie i wzajemnym poznawaniu się. Moje obawy stopniowo ustępowały miejsca ciekawości inteligentnego biesiadnika. Dato poprosił abym wygłosił kolejny toast.

 – Wypijmy za pokój między narodami, które dawniej walczyły. a dziś żyją ze sobą w pokoju i dostatku tak jak udaje się nam to w Europie.

Tym toastem wpisałem się w gruziński kanon i skontrowałem nieco jego poprzedni. To musiało na nim zrobić wrażenie. Wykazywał wrażliwość i zmysł estetyki. Teraz wiedziałem, że źródłem jego prawdziwej siły była harmonia z jaką łączył zdecydowanie i instynkty żołnierza, z precyzją, empatia i wrażliwością szczęśliwego, inteligentnego człowieka. Wkrótce odwdzięczył się pięknym toastem:

 – Za prostych, szczęśliwych ludzi, którzy walczą w obronie swojego miru domowego i pozostają w swojej walce niezwyciężeni.

Wkrótce dopełniłem toastem za wolność. Dato uczcił wszystkich tych, którzy profesjonalnie wykonują swój zawód. Dodałem po chwili, że bez uczuć i zgody z własnymi przekonaniami nie ma profesjonalizmu.

Szybko nabieraliśmy do siebie szacunku i zaufania. Po ostatnim toaście byliśmy już nie tak bardzo różni, miałem jednak wrażenie, że dużo bardziej wobec siebie równi.

Dato był dobrym tamadą i nie przesadziliśmy z winem. Zależało nam na następnym dniu. Wkrótce zaczęła się luźniejsza rozmowa. Dowiedziałem się, że Mamuka, który tu zachowywał się dość biernie jest mistrzem i ma czarny pas karate.

– Ja znam się na broni i samochodach. Na te tematy mogę rozmawiać godzinami. Byłem ochroniarzem Asłana Abaszydze – mówił Dato. Każda broń ma inne właściwości. Kula wystrzelona z TT kroi, tnie lub rani. Kula z Makarowa urywa. – ciągnął. Wszystko to co produkuje się w Rosji na potrzeby cywilne jest marnej jakości i niewiele jest warte. Jednak do broni Rosjanie mają szczególny stosunek. Automat Kałasznikowa to był najlepszy automat XX wieku. Niezawodny w każdych warunkach. Miałem w domu dwadzieścia sztuk. Dbałem, czyściłem. Jednak wszyscy wiedzieli, że je mam i kiedy prezydentem został Saakashwili musiałem je oddać. Dziś Amerykanie mają już lepsze, lżejsze automaty. Po co dźwigać cztery i pół kilograma skoro można trzy i pół. Spytałem czy w Gruzji praktykuje się zakopywanie w lesie tak jak u nas przed i po wojnie. W razie wojny dla wszystkich mężczyzn zdolnych ją nosić, broń się znajdzie – odpowiedział Dato.

Życząc sobie dobrej nocy spokojnie ułożyliśmy się do snu.

Nad ranem gdy pociąg dojeżdżał do Tbilisi, pozbieraliśmy się z łóżek, pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. Ja popędziłem po gadżety do ambasady. Dato i Mamuka pojechali z kanistrem na wesele.

Ze względu na wątpliwości wróciłem później do tematu Asłana Abaszydze. W niektórych polsko i anglojęzycznych opracowaniach najnowszej historii Gruzji, po które sięgnąłem jeszcze przed wyjazdem był on przedstawiany jako skorumpowany separatysta. Delikatnie podpytałem o to matkę Merabiego – profesor chemii, z racji wieku, znajomości i dochodów, głowę rodziny w której mieszkałem. Odpowiedziała, że chodziła z Asłanem do klasy i że to był normalny, porządny człowiek, z którym zawsze utrzymywała dobre relacje. O to samo spytałem później znajomego z polskiej ambasady, który w Gruzji mieszkał dobrych kilka lat. Według niego przede wszystkim należało docenić to, że pod rządami Asłana Abaszydze Adżaria uniknęła wojny domowej początku lat dziewięćdziesiątych. Moją uwagę, że opracowania najnowszej historii Gruzji prezentują go jako skorumpowanego separatystę skwitował wymownie kwaśną miną i lekceważącym machnięciem ręki.

Reklamy

Białe Gudauri

W okolicy Batumi zima i śnieg powoli ustępowały ze środkowej części stoków. Pod koniec marca na skalnym wybrzeżu w Sarpi położonym na granicy z Turcją mogłem się już wygrzewać i łapać pierwsze promienie wiosennego słońca. Ponieważ zimę, w ciągu której nie pojeździłbym sobie na nartach zawsze uważałem za straconą, postanowiłem wybrać się w góry, tam gdzie nie było jeszcze widać oznak jej rychłego końca. Chciałem sprawdzić czy historie o jeździe na nartach i kąpielach w Morzu Czarnym tego samego dnia mogą być prawdziwe.

Gudauri jest położoną o około sto kilometrów na północ od Tbilisi mekką narciarzy. Ja byłem miłośnikiem sportów zimowych. Prędkość i wywołana przez nią adrenalina, siła i piękno przyrody zawsze mnie pociągały. Białe szaleństwo na słonecznych, południowych stokach Wielkiego Kaukazu gwarantowało ten rodzaj wypoczynku, który najbardziej mi odpowiadał i którego teraz potrzebowałem. Gudauri pasowało jak ulał. Narciarskie walory tego miejsca były już szeroko znane w świecie, a niewykorzystywane, choć potwierdzone przez takie gwiazdy narciarstwa jak Alberto Tomba.

Do Tbilisi dojechałem nocnym pociągiem w towarzystwie przyjaciół z Batumi. Rozdzieliliśmy się na Vagzlis Moedani – tbiliskim dworcu centralnym. Przesiadłem się do tbiliskiego metra, którego wagoniki korzystają z tej samej radzieckiej technologii co moskiewskie czy warszawskie. Dojechałem do stacji Didube. Znajduje się tu bazar i dworzec, z którego odjeżdżają marszrutki we wszystkich kierunkach zachodniej Gruzji. Nie ma tu jednego centralnego źródła informacji czy rozkładu jazdy. Odnalezienie właściwej marszrutki nie jest trudne jeśli jesteśmy w stanie odczytać kierunki jazdy wypisane po gruzińsku na tablicach umieszczonych za przednia szybą. Kierowcy często sami wykrzykują nazwy najpopularniejszych turystycznie miejscowości. Gdy wśród wykrzykiwanych nazw nie ma akurat tej, do której zmierzają zachodni turyści najłatwiej było by im wykrzyknąć nazwę celu podróży. Z wrodzonej nieśmiałości przybysze rzadko się na to decydują. Zwykle zamiast szukać u nich pomocy zupełnie niepotrzebnie uciekają przed „krzykaczami” i próbują ratować się angielskim.

Najlepsze miejsca w marszrutce to te z przodu. Dają prestiż, możliwość wymiany informacji z kierowcą, obserwacji drogi i delektowania się widokami. Tu jest zawsze tłoczno. Jednak Europejczyków i Amerykanów zwykle krępuje i denerwuje, kiedy w na pół pustej marszrutce muszą się przeciskać co sił, w drodze do drzwi umieszczonych z przodu.

Jeszcze przed odjazdem zamieniłem kilka słów z kierowcą, który zawsze jest nieocenionym źródłem informacji. Wypytałem o godziny ostatnich odjazdów z powrotem, o miejsce i warunki wypożyczania nart. Usadowiłem się z tyłu przy oknie. Marszrutka gdy tylko się wypełniła wzięła kurs na północ. Najpierw poruszaliśmy się dość szybko trasą wylotową z Tbilisi przecinającą Kurę w okolicach Mcchety – dawnej stolicy Gruzji. Po około trzydziestu minutach wjechaliśmy w góry. Śniegu, który leżał po bokach szosy zaczęło systematycznie przybywać. Poruszaliśmy się w zasadzie ciągle pod górę i nieco wolniej niż wcześniej. Byliśmy na tak zwanej Gruzińskiej Drodze Wojennej, która przecina Kaukaz w poprzek łącząc Tbilisi z Władykaukazem. Kilka kilometrów na lewo od szosy znajdowało się terytorium Południowej Osetii zajętej przez rosyjskie wojska w czasie wojny w sierpniu 2008 roku. Wkrótce minęliśmy twierdzę Ananuri malowniczo położoną nad rzeką Aragwi, po której latem można spłynąć pontonem. Obiecałem sobie, że gdy tylko nadarzy się okazja odwiedzę to miejsce. Marszrutka co jakiś czas stawała, pasażerowie wysiadali i wsiadali. W sumie jednak w kabinie robiło się coraz mniej pasażerów. Mimo to jechaliśmy coraz wolniej ponieważ szosa miała coraz większy kąt nachylenia. Po prawie dwóch godzinach jazdy dotarliśmy do miejsca gdzie szosa jak serpentyna wiła się piętrowo po ogromnym zboczu. Nasz Ford Transit rozpoczął mozolną wspinaczkę w górę. Na szczęście szosa była czarna. Po bokach było widać zwały śniegu przesypane przez pługi. U góry szosa była już mniej kręta i widać było pierwsze domy, a za nimi pod wyciągiem stał hotel. Za wyjątkiem głównej drogi śnieg zalegał wszędzie. Było biało, a pogoda dopisywała. Na niebie chmury były rzadkie. Dominowało świecące słońce. Było ciepło i w słońcu temperatura wyraźnie przekraczała zero stopni. Jak się domyślałem z powodu mroźnych nocy brakowało oznak wyraźnej odwilży. Szybko pobiegłem wynająć narty w hotelu i kupić bilet na wyciąg. Potem już tylko w górę, w górę i w górę. Jazda wyciągami trwała ponad pół godziny – środkowy wyciąg krzesełkowy miał długość dwóch tysięcy trzystu metrów. Dolny i górny miały po kilometrze. Po drodze zauważyłem schodząca niegroźną lawinę na sąsiednim zboczu oraz przechodzące poniżej mnie, w dolinach małe i średnie obłoki. W ten sposób dotarłem do ostatniej stacji kolejki – Sadzele umieszczonej na wierzchołku o wysokości ponad trzech tysięcy trzystu metrów nad poziomem morza. Widać było Kazbek – trzeci pod względem wysokości szczyt w Gruzji i siódmy na Kaukazie. W pogodne dni widać go również z tbiliskiej Mtatsmindy, na której stoi wieża telewizyjna. Choć wydawało się, że Kazbek nie może być daleko stąd to marszrutka między Gudauri a Stepantsmindą – miejscowością położoną u jej podnóża pokonuje ponad trzydzieści kilometrów. Spojrzałem w przeciwnym kierunku – na południe. Na moim poziomie i dookoła mnie znajdowały się chmury, które z rzadka opływały szczyt, na którym stałem. Nieco poniżej z majestatycznym spokojem spoczywały białe, ośnieżone szczyty. Ich czarne granie, a znacznie dalej i niżej lasy urozmaicały ten śnieżnobiały krajobraz.

Lubię prędkość i wywoływany przez nią zwiększony poziom adrenaliny we krwi. Jazda na nartach zawsze pozwala mi je umiejętnie dawkować. Pędząc po stoku delektuję się nimi i kontroluję je za pomocą precyzyjnych, skoordynowanych ruchów ciała. Po pewnym czasie buty, narty i kijki tworzą z moimi kończynami jedną całość. Piękno i siła przyrody jest wszędzie dookoła gdzie okiem nie sięgnąć. To co większość uznałaby za niebezpieczne mnie fascynuje. Szukam granicy między tym co bezpieczne, a ryzykowne, ale jej nie przekraczam. Poznaję jedynie gdzie ona jest. W miarę jak nabieram umiejętności i pewności siebie ona stopniowo się przesuwa. To właśnie ta zabawa przyspiesza bicie serca i zwiększa ciśnienie. Sprawia, że czuję się rześko. Nie myślę o niczym innym. Skupiam się na tym co robię i jestem maksymalnie precyzyjny – dążę do perfekcji.

Dookoła mnie są podobni do mnie fani białego szaleństwa. Kiedy są blisko uważam bo nie mam prawa ryzykować ich bezpieczeństwem. Jazda wyciągiem pozwala odpocząć – zwłaszcza mięśniom nóg, zamienić kilka słów z ludźmi, którzy dzielą tę wspólną pasję lub zapamiętywać biały, górzysty krajobraz z kołyszącego się nad ziemią krzesełka wyciągu.

W Gudauri świadkami mojej rozrywki i moich zmagań były pięcio i czterotysięczniki bardzo umownie oddzielające Europę od Azji. Ani ja ani nikt inny nie zastanawiał się jednak gdzie jest granica pomiędzy tym co dzikie, a cywilizowane i czy w ogóle da się ją kiedykolwiek znaleźć i wytyczyć.

W drodze powrotnej w marszrutce fizycznie zmęczony, umysłowo wypoczęty i zrelaksowany musiałem się grubo tłumaczyć z wybuchu śmiechu. Amerykanka, która siedziała tuż obok mnie właśnie zdjęła okulary przeciwsłoneczne po całym dniu jazdy w intensywnym słońcu. Za chwile szaleństwa też wkrótce przyszło mi zapłacić. Po dwóch dniach z twarzy zaczęła mi schodzić skóra. Wyglądałem dość śmiesznie.

Z delegacją w Hulo

Nieco znudzony wilgotną i zimną wiosną w Batumi postanowiłem wybrać się na wycieczkę do Hulo. Miasteczko było malowniczo położone w Górnej Adżarii i oddalone od Batumi około dziewięćdziesięciu kilometrów – trzech godzin jazdy marszrutką. Chciałem sprawdzić czy da się tu jeszcze pojeździć na nartach. Na dworzec autobusowy w Batumi w soboty rano zjeżdżały z Hulo i okolic zielone Fordy Transity wypełnione ludźmi i kartoflami. Miałem informacje, że w Hulo jest działająca kolejka linowa, która była drugą co do długości na terytorium ZSRR, a w okolicy znajduje się kilka wyciągów narciarskich, które działają gdy tylko jest śnieg. Mieszkańcy tego zakątka cieszyli się w Batumi opinią pracowitych i rozsądnych.

Skąd jesteś? Z nad Bałtyku? – Zapytał kierowca w czasie jednego z przystanków w czasie których, dosiadali się kolejni pasażerowie. Byłem już przyzwyczajony do uwagi jaką zwracali mieszkańcy Batumi na przybyszów spoza Kaukazu podobnie jak do bycia klasyfikowanym jako mieszkaniec republik nadbałtyckich.

Aaa Polak!!!… Tylko raz w życiu obraziłem się na Polaków… Jak nie wybrali Kaczyńskiego. Gocha powiedział to pół serio pół żartem uśmiechając się przy tym zawadiacko. Rosyjskiego jak większość mężczyzn po czterdziestce nauczył się w radzieckiej armii. Obiecał mi, że jeśli zdążę wszystko zobaczyć i będę z nim wracał do Batumi po południu posadzi mnie z przodu i opowie o wszystkich atrakcjach jakie będziemy mijać w drodze powrotnej, a w razie potrzeby zatrzyma się tak żebym mógł porobić zdjęcia.

Poruszaliśmy się szosą, która wiła się zboczem wąwozu najpierw wzdłuż rzeki Choroki, a następnie Adżaristskali. Minęliśmy Kedę, Szuakewi i w końcu dotarliśmy do Hulo. Jego centrum było położone na zboczu. Przylegały do niego osiedla i ponad siedemdziesiąt wiosek. Populacja tej społeczności w większości muzułmańskiej liczyła około trzydziestu pięciu tysięcy osób. W centrum stały urzędy, szkoła, muzeum. Meczet i cerkiew były oddalone od siebie o sto pięćdziesiąt metrów. Główna droga biegła przez centrum ku przełęczy Goderzi w kierunku Achalcyche – stolicy kolejnego regionu Samcche-Dżwacheti. Również w centrum, przy głównej drodze znajdował się postój taksówek, marszrutek, niewielkie targowisko oraz wyciąg kolejki linowej, która służyła mieszkańcom okolicznych wiosek jako główny środek transportu do centrum miasta.

Podszedłem pod wyciąg i cierpliwie czekałem na pojawienie się obsługi. Wkrótce zjawiło się dwóch mężczyzn z krzesłami i workami kartofli, kobieta z dwójką dzieci. Załadowaliśmy się z tym wszystkim do gondoli razem z młodym mężczyzną z obsługi. Podobnie jak ja był on nieco zakłopotany. Nie mogliśmy się porozumieć ani po rosyjsku ani po angielsku, ani za pośrednictwem innych. Jako jedyny pasażer wręczyłem mu dwa lari na „bilet”. Gdy ruszyliśmy zorientowałem się, że z powodu odległości dzielącej nas od drugiego zbocza trudno zidentyfikować miejsce gdzie znajduje się druga stacja kolejki. Lina, na której zawieszona była gondola zdawała się być coraz cieńsza, aż wreszcie znikała na tle zbocza. Zjeżdżaliśmy w dół, a mimo to dystans dzielący nas od ziemi stale się zwiększał. Miałem wrażenie, że gondola jest przeciążona. Na wypadek gdyby zerwała się podłoga mocno chwyciłem się poręczy u góry. Po pewnym czasie poczułem, że poruszamy się w poziomie, a później znów do góry. Pod nami znajdował się wąwóz z rzeka na dnie. W oddali Hulo spokojnie spoczywające na swoim zboczu.

Po zaliczeniu głównej atrakcji wróciłem do miejsca skąd odjeżdżały marszrutki. Zacząłem się wypytywać o możliwości dojazdu do najbliższych wyciągów narciarskich jednak szybko zorientowałem się, że brak znajomości gruzińskiego może tu być problemem. Połowa z grupy mężczyzn, która skupiła się wokół mnie nosiła brody i charakterystyczne dla muzułmanów zielone lub czarnozielone nakrycia głowy. Ta „rada starszych” szybko wybrała spośród siebie delegata, który w ich imieniu rozmawiał ze mną. Moim głównym rozmówcą był mężczyzna, o pociętej bruzdami i ogorzałej twarzy. Nie tylko mówił po rosyjsku, ale można od niego było wyczuć zapach alkoholu co mogło zwiastować jakieś głębsze związki z Rusią. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę, brązowe sztruksy muzułmańskiego kroju – bez kondonierek i czarne eleganckie półbuty. Jego nowa odzież odznaczała się na tle otaczających ją spłowiałych garniturów. Jak się okazało z rozmowy, marszrutki w miejsca, do których chciałem dotrzeć wyjeżdżają z samego rana i wracają pod wieczór. Pozostała jedynie droższa opcja skorzystania z taksówki o tyle ryzykowna, że ani nie uda mi się pojeździć na nartach, ani złapać ostatniej przed zmierzchem marszrutki do Batumi. Byłem lekko skonfundowany.

– Jeśli zechcesz możesz być moim gościem. Zapraszam cię do swojego domu. To niedaleko. Trzeba jedynie przejść pieszo dwa kilometry z miejsca, w którym zatrzymuje się marszrutka. Spokojnie swoim nieco ochrypłym głosem zaproponował mi Teimur.

Dobrze, chętnie, odpowiedziałem i natychmiast zacząłem dziwić się sam sobie i swojej odwadze. Na swoje usprawiedliwienie miałem półroczne doświadczenie gruzińskiej gościnności i wiedzę, że na Kaukazie komunikacja pozawerbalna ma większe znaczenie niż w Europie, a tu w tej grupie mój rozmówca cieszył się sporym szacunkiem i zaufaniem. Natychmiast jednak pojawiły się wątpliwości. Przecież w Polsce czy w Europie nie zgodziłbym się na nocleg u nieznajomego, z którym zamieniłem zaledwie kilka słów w obcym języku. Teraz w dodatku miałem obok siebie w marszrutce podchmielonego, pięćdziesięcio paroletniego muzułmanina, a do najbliższego miasta dziewięćdziesiąt kilometrów, z tym, że najwcześniej jutro rano.

Z Teimurem i jego rówieśnikiem jak się później okazało sołtysem jechaliśmy marszrutką z wyłączonym silnikiem w dół pięć może siedem kilometrów. W końcu wysiedliśmy. Czekał nas czterokilometrowy marsz pod górę do ich wsi. Było około południa. – Gdybym powiedział ci, że to będą cztery kilometry w górę pewnie byś odmówił powiedział Teimur gdy już było widać wioskę. Mnie się podobało. Byliśmy tylko my, Mały Kaukaz, jodłowy las, droga, resztki topniejącego śniegu i czyste, rześkie, górskie powietrze.

Teimur pytał mnie po drodze jak się znalazłem w Gruzji i czym się tu zajmuję. Zapytał też co sądzę na temat katastrofy lotniczej prezydenta Kaczyńskiego. W jego pytaniach nie było nadmiernej dociekliwości ani natręctwa, którego mógłbym oczekiwać. Biło od niego spokojem ludzi doświadczonych, ale szczęśliwych i żyjących w harmonii ze swoim otoczeniem. Odpowiadał oszczędnie, ale rozsądnie. Ja z kolei byłem ciekawy gdzie nauczył się rosyjskiego, dlaczego nie stroni od czaczy choć jest muzłumaninem i czy mógłbym się spotkać z Amerykaninem, który w sąsiedniej wiosce uczy angielskiego. Zauważyłem, że to jest wyjątkowa sytuacja i pierwszy raz zostałem zaproszony do domu muzłumanina. Teimur odpowiedział, że to nie jest aż tak ważne. 

Pierwszym i jedynym przystankiem był dom sołtysa. Zdjęliśmy buty i weszliśmy stąpając po dywanach. To była wioska muzłumańska. Nasz gospodarz posadził nas na wygodnej kanapie niedaleko od rozgrzanej metalowej „kozy”. Na jednej z drewnianych ścian wisiał dywan. Również podłoga i sufit były wykonane z drzewa. Komin pieca oddzielony był od drewnianego sufitu ceramiczną lub żeliwną rurą. Teimur z bibuły i suszonego tytoniu skręcił sobie papierosa. Zapytał czy też chcę zapalić. Powiedziałem, że tak. Po paru nieudanych próbach pozwoliłem sobie skręcić papierosa. Mimo, że nie nabrałem dużo dymu w płuca musiałem odkaszlnąć i usiąść. Dobrze, że z tyłu była kanapa. Papieros był mocny i ćmił się długo. To był prawdziwy, naturalny tytoń. Czekaliśmy na posiłek, który był teraz przygotowywany przez żonę sołtysa. Sołtys przedstawiał mi swoich trzech synów w wieku od siedemnastu do dwudziestu czterech lat. Wszyscy barczyści o potężnych ramionach.

Gdy tylko kobieta dopiekła kartofle przeszliśmy do drugiego pokoju, w którym stał nakryty na trzy osoby stół. Na stole oprócz czerstwego chleba i karawki z chłodną czaczą, którą właśnie przyniósł gospodarz stał w głębokiej misce charakterystyczny adżarski ser w tłustym brązowym sosie, biały ser gruziński, jajecznica, naleśniki, twaróg, ogórki, papryka i pomidory z octu.

– Jeśli chodzi o zaopatrzenie w żywność to wieś jest samowystarczalna – powiedział sołtys.

– To wszystko co leży na stole to nasze własne produkty. Wystarcza ich dla nas i dla naszych gości. Zwykle nikomu ich nie sprzedajemy. Najbliższy bazar jest dopiero w Batumi.

Pół litra ognistego płynu ledwie wystarczyło nam na zestaw podstawowych toastów, skrócony i dopasowany do okoliczności. Wypadało kończyć ponieważ sołtys spodziewał się delegacji z Tbilisi. Pozbieraliśmy się z Teimurem i poszliśmy dalej jakieś trzysta metrów. Jego dom był najbardziej okazały i stał w samym centrum wioski. Podobnie jak u sąsiadów pierwsza kondygnacja była podmurowana, a druga mieszkalna w całości wykonana z drzewa. Deski jego domu wyglądały najbardziej świeżo. Gdy tylko zdjęliśmy buty jego żona wzięła i umyła je na podwórku. Zaprosił mnie do środka. W pokoju z piecem na łóżku spała jego wnuczka. Po chwili zebrała się jego rodzina. Byli krewni, którzy przyjechali z innej wioski. Zajrzał ktoś z sąsiedztwa.

Czekaliśmy na obiad. Patelnia wypełniona słynnymi hulskimi kartoflami skwierczała tuż obok na metalowym piecu. Jak wynikało z naszej rozmowy i z kontekstu Teimur w czasach ZSRR tak jak prawie każdy zdrowy mężczyzna odbył służbę wojskową. Wysłano go do Niemiec Wschodnich. W armii nauczył się rosyjskiego. Tolerancję oraz rozsądny stosunek do alkoholu można było wytłumaczyć religią i miejscem zamieszkania. Otwartość i ciekawości świata tym, że jeszcze w czasach ZSRR zgromadził majątek handlując walutą – był cinkciarzem. Teraz mówił po rosyjsku z pewnym trudem ponieważ dawno go nie używał. Jego żona przyniosła i położyła na stole orzechy i jak mi się wydawało półprzezroczyste arkusze papieru. Powiedziano mi, że to suszony sok jabłkowy. Spróbowałem. Było dobre. Pomyślałem, że to właśnie orzechy z okolic Hulo spływają rzeką w dół do morza, które wyrzuca je potem na kamienistą plażę w Batumi. Wkrótce wspólnie zjedliśmy obiad. Po obiedzie Teimur powiedział, że cały czas spodziewają się delegacji z Tbilisi i dlatego pójdzie na jakąś godzinkę do sołtysa bo do niego przyjeżdżają. Zapytałem co sprowadza tu delegację ze stolicy. Teimur wyjaśnił, że interesują się i wspierają ich podstawowe potrzeby komunalne, a oni cenią sobie takie wsparcie. Po zimie mają akurat do wymiany rury doprowadzające wodę do wsi, poza tym druga droga, tą którą doszliśmy do wsi jest nieprzejezdna i wymaga remontu w niektórych miejscach. Osunięcie się skał na główną drogę grozi im odcięciem od świata.

Wkrótce Teimur wyszedł, a ja zostałem sam z jego rodziną. Budziłem ciekawość wśród najmłodszych i nie mogłem narzekać na nudę. Żona Teimura – kobieta szczupła, ruchliwa i równie pogodna jak on, zajmowała się domem i towarzyszyła krewnym. W czasie gdy nie absorbowała mnie ich najmłodsza wnuczka, rozmawiałem z nią i z jedną z krewnych – znały rosyjski. Wkrótce z sąsiedztwa przyszło kilku mężczyzn. Mieli do omówienia z gospodarzem jakieś ważne sprawy. Gospodyni posadziła ich koło mnie. Usiedli i zaczęli rozmawiać między sobą. Wkrótce zjawił się gospodarz. Powiedział mi, że delegację, której się spodziewali coś zatrzymało w Tbilisi, ale to nic bo oni przecież maja już ciekawszego, zagranicznego gościa i nic co przygotowali się nie zmarnuje. Zapytał też czy chciałbym im pomóc, dodał od razu, że kupili niedawno komputer i chcieliby abym pokazał im jak można korzystać z internetu. Oczywiście zgodziłem się. Poczułem się wyróżniony tym, że mogę doradzić i podzielić się swoimi umiejętnościami z tą niewielką, otwartą społecznością tak mądrze gospodarującą swoimi zasobami. Teimur zaczął rozmowę z grupą mężczyzn z sąsiedztwa, a ja spokojnie obserwowałem jak toczyło się życie w tej małej wiosce na końcu świata, w której nie było ani jednego sklepu. Kiedy skończyli, gospodarz powiedział, że przyszli do niego pożyczyć pieniądze na remont ciężarówki, która rzeczywiście przydałaby się we wsi. Pieniędzy jednak nie dostaną. W zeszłym roku udzielił im już takiej pożyczki jednak ciężarówka nie jeździ, a co się stało z pieniędzmi nikt go nie poinformował. Gospodarz oprowadził mnie po swoim domu. Zatrzymaliśmy się na balkonie tak jak cała kondygnacja wykonanego z drzewa. Przed nami roztaczał się widok na dolinę, w której położona była wieś. Poniżej na podwórku stały deski i sprzęty stolarskie, których Teimur i jego syn używali do pracy.

Robiło się już szaro na dworze kiedy weszliśmy z całą rodziną i dziećmi z sąsiedztwa do pokoju, w którym stał komputer. Syn gospodarza zabrał się do uruchamiania modemu telefonicznego, który łapał sygnał przez radio. Później próbował zalogować się do Skypea i tu mieli problem, który pomogłem im rozwiązać. Wkrótce nawiązali połączenie i mogli porozmawiać z krewnymi w Megrelii. Byli zadowoleni i dumni. To był zapewne pierwszy komputer we wsi. Sołtys miał jedynie odtwarzacz wideo, a Teimur miał już komputer i łącze internetowe pozwalające choć przez chwilę podejrzeć i porozmawiać z krewnymi odległymi o setki kilometrów. Po tej rozmowie Teimur poprosił mnie abym wyjaśnił jak można korzystać z internetu i co można w nim jeszcze znaleźć. Pracę przerwaliśmy sobie kolacją. Wznieśliśmy na razie tylko dwa tosty tak aby móc wrócić jeszcze na chwilę do komputera. Tym razem przy komputerze byliśmy sami, a Teimur chciał abym spróbował znaleźć coś na temat Hulo i ich wsi. Oczywiście google znalazły teksty, fotografie, a nawet mapy co wyraźnie mu się spodobało. Potem zapytał o rzecz, przed którą planowałem go właśnie ostrzec. Tym razem google znalazły nam zdjęcia kilku piersiastych blondynek. Ostrzegłem, że to jedynie namiastka i łatwo tu znaleźć dużo więcej zepsucia. Teimur zapytał jeszcze o możliwości śledzenia działań w sieci. Zapewniłem go, że co do zasady takie możliwości istnieją, ale w przypadku korzystania z kont bankowych czy innych połączeń szyfrowanych powinien być spokojny.

Wróciliśmy do stołu, przy którym kontynuowaliśmy stary gruziński rytuał. Była północ kiedy już dobrze się poznaliśmy. Nad śpiącą okolicą błyszczały gwiazdy, które pomagały zlokalizować ośnieżone szczyty Małego Kaukazu. Spoczynek w drewnianej izbie, w miękkim sprężynowym łóżku był nagrodą dla strudzonego delegata…

Nazajutrz zjedliśmy razem śniadanie, wymieniliśmy się telefonami i pożegnaliśmy się. Gospodarz zaprowadził mnie do marszrutki, która odjeżdżała punktualnie o godzinie ósmej spod jego domu prosto do Batumi. Dostałem najlepsze miejsce – z przodu zaraz obok kierowcy – i mogłem wszystko dokładnie po drodze oglądać i fotografować. Marszrutka stawała co kilkaset metrów. Z tyłu robiło się tłoczno…

W Hulo do marszrutki dosiadła się pięćdziesięcio paroletnia kobieta. Miałem wrażenie, że w mało wyszukany sposób wydawała kierowcy, który miał nas wieźć po krętej górskiej drodze jakieś instrukcje. Potem zwróciła się do mnie łamanym rosyjskim:

– Popatrz jak tu w Gruzji pięknie! O tam, jaki ładny wodospad!

– Jaki tam wodospad – odparłem. Na pewno ktoś stoi na górze i właśnie oddaje mocz. Kabina marszrutki zatrzęsła się od śmiechu…

W Metehi

…znalazłem się pod koniec długiej zimy. To był mój drugi, tym razem półroczny pobyt w Gruzji.

Najpierw podobnie jak inni młodzi nauczyciele języka angielskiego trafiłem do hotelu „Bazaleti” w Tbilisi. Stał on naprzeciwko międzynarodowego dworca autokarowego Ortaczala. Możliwość poznania ciekawych świata, porzucających swoje dostatnie, zachodnie kraje rówieśników była dla mnie nie lada atrakcją i miała wpływ na to, że kolejny raz znalazłem się w Gruzji. Hotel z zewnątrz nie odznaczał się niczym szczególnym był jednak dość komfortowy i choć miał tylko dwie kondygnacje to było w nim całkiem sporo korytarzy, balkonów, werand, łączników i innych zakamarków. By dojść w wybrane miejsce można było wybrać kilka różnych wariantów drogi. Sala i hall były duże i przestronne, a okna ozdobione misternymi zasłonami podobnymi do kurtyn co znakomicie dopełniało klimat tajemniczości, który sprzyjał kuluarowym spotkaniom i rozmowom oraz szybkiemu nawiązywaniu znajomości.

W końcu nadszedł dzień kiedy kojarzeni byliśmy w pary z dyrektorami szkół, w których mieliśmy uczyć i z rodzinami, z którymi mieliśmy mieszkać. Po tych chwilach dużego napięcia wsiadaliśmy razem do samochodów. W końcu trafialiśmy do miejscowości, w których do końca roku szkolnego mieliśmy pracować. Mieliśmy również wymyślać atrakcje i wdrażać atrakcyjne formy nauczania, dzięki którym dzieciaki chętniej i z większym zaangażowaniem uczestniczyłyby w lekcjach. Często sami stanowiliśmy nie lada atrakcję. Tak się złożyło, że ja, Michael z Irlandii wsiedliśmy do jednego samochodu razem z naszymi dyrektorkami. To była pierwsza okazja, żeby się poznać.

Mogłem się z nimi porozumieć po rosyjsku. Michael w ogóle nie mógł. Po kilku bezpośrednich pytaniach tłumaczyłem rozmowę Michaela z jego dyrektorką. Szybko jednak zauważyłem, że mój towarzysz był nieco przerażony i dałem temu spokój. Poza samym rosyjskim, krótki dystans lub jego brak, który wyrażał się zarówno w dość bezpośrednich pytaniach jak i w sytuacji, w której tłoczyliśmy się z kierowcą w jednym samochodzie osobowym musiał być przez niego odczuwany jako dość krępujący.

Z analizy mapy wiedziałem, że z Metehi będę miał dogodny dojazd do Tbilisi. Bardzo mi na tym zależało. Tu miałem przyjaciół, a to w Gruzji ważne. Zaraz po przyjeździe do Gruzji dowiedziałem się, że dostałem się na stypendium w Gruzińskiej Fundacji Studiów Międzynarodowych i Strategicznych. Dawało mi to dostęp do zaplecza eksperckiego i fachowej wiedzy o stosunkach politycznych na Kaukazie.

Na miejscu, po dokładnym przestudiowaniu Wikipedii i innych źródeł to ja byłem przerażony. W ciągu pierwszych tygodni strach ciągle mi towarzyszył. Okazało się, że we wsi mieszkała Wera Putina i proponowano mi nawet wspólne jej odwiedziny co pozostawiłem bez odpowiedzi. Miałem już wtedy pewne podstawy aby uważać się za dziennikarza amatora lub przynajmniej blogera tymczasem dwóch dziennikarzy, Włoch Antonio Russo i Rosjanin Artyom Borowik, którzy zbierali tu w dwutysięcznym roku materiał na temat Wery i młodości Władimira Putina zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Wprawdzie było to dziesięć lat temu jednak zakładałem, że rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa mogła nadal utrzymywać tu jakieś źródła informacji. Zdrowy rozsądek nakazywał omijać tę sprawę z daleka. Tego się trzymałem – przynajmniej na początku.

W centrum Metehi stał mały średniowieczny kościół z jedną okrągłą wieżą zbudowany z charakterystycznych kamiennych bloczków. Przez plac przed nim do Tbilisi przejeżdżały marszrutki z okolicznych wiosek. Były tu jeszcze dwa sklepy i apteka. Wszystkie domy miały zbliżoną nieskomplikowaną konstrukcję jednak dwóch identycznych nie sposób było znaleźć. Dziś wydaje mi się, że stały w porządku i frontem do dwóch asfaltowanych dróg. Jednak całkiem możliwe, że pamięć płata mi figle, a moja przekorna natura w chaosie próbuje doszukać się porządku. Były tam zarówno drogi kamieniste i uczęszczane. Były też błotniste, nieuczęszczane, które często były ślepe lub zamieniały się w labirynt ścieżek i korytarzy. Często prowadziły one pomiędzy, do lub przez pojedyncze działki. Gdzieniegdzie w rowach bezwstydnie rosły sobie konopie indyjskie, za których posiadanie miejscowy sąd mógł wymierzyć surową karę.

Na domach przy głównych ulicach wisiały przerdzewiałe tabliczki ze starymi, nieużywanymi już nazwami ulic wypisane cyrylicą. Jedynie w nieodległym Gori nowe tabliczki wypisane łacińskim i gruzińskim alfabetem informowały, że znajdowałem się akurat na ulicy Stalina. W Metehi mieszkańcy nadawali potoczne nazwy ulicom w zależności od nazwisk bardziej wpływowych czy wyróżniających się rodzin, które na nich mieszkały. Ja na przykład zamieszkałem z rodziną Gedżadze na ulicy Gedżadze. Moja dyrektorka, tak jak większość osób, które spotykałem w ciągu tych kilku miesięcy w Metehi również nosiła to nazwisko. Nauczycielka angielskiego, z którą pracowałem w szkole i której rodzina cieszyła się równie dobrą reputacją nie była już tak wpływowa jak kiedyś: Ketino dobrze wspominała czasy kiedy jej ojciec był sołtysem. Z rozmów wnioskowałem, że we wsi mieszkają trzy dość wpływowe rodziny przy czym ja byłem niejako gościem tej najbardziej wpływowej ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czy podobało mi się to czy nie oceniałem, że nie miałem ani możliwości ani prawa do zmian tej uświęconej wieloletnią, a może i wielowiekową praktyką sytuacji. Ingerencja i próby zachwiania tego delikatnego porządku jakim by on nie był mogła by mieć opłakane konsekwencje dla mieszkańców.

Misza był blisko dziewięćdziesięcioletnim mieszkańcem Metehi. Wciąż był bardzo sprawny, miał bardzo dobry kontakt z ludźmi i brał czynny udział w życiu wsi. Poza tym, tak jak inni dużo młodsi od niego codziennie pracował. Kiedy był dzieckiem; w czasie wojny, zaczął pracować w tbiliskiej fabryce uzbrojenia, a ponieważ nie miał rodziców był oczkiem w głowie robotników i Komitetu Zakładowego. Młody Misza znakomicie wykorzystał ten korzystny dla siebie klimat i po kolei zdobywał wiedzę i umiejętności potrzebne ślusarzowi i mechanikowi. Sąsiedzi mawiali pół żartem, że i dziś potrafiłby wytoczyć automat. Misza często nas odwiedzał i w upalne dni nigdy nie odmawiał szklanki piwa choć przy drugiej miał zwykle wątpliwości… Jak się okazało odwiedzał nie tylko nas, a inni też go częstowali. Nie mógł mieć chyba przyjemniejszej drogi do pracy. Mieszkał niedaleko nas i w drodze do szkoły codziennie mijałem jego dom. Jego żona, Łotyszka z domu Gorbaczow mieszkała z nim tu już ponad trzydzieści lat. Podobno dzięki jej doskonałej kuchni Misza był ciągle w tak dobrej formie. Miałem okazję wymienić kilka zdań z tą sympatyczną staruszką, która zachwalała męża, bo dzięki niej, jak mówiła zmienił się i odkąd się tu wprowadziła nie bierze alkoholu do ust. Z Miszą żyłem w najlepszej komitywie, a on po pewnym czasie zaczynał mnie wypytywać czy nie chciałbym zostać w Metehi i czy nie podobają mi się tutejsze dziewczęta.

Być może Misza miałby znacznie więcej zajęcia w swoim wyuczonym fachu jednak zauważyłem, że mieszkańcy wsi nie używali zamków w drzwiach. Po prostu… nic tu nie ginęło.

W Metehi po raz kolejny byłem świadkiem siły, z jaką kaukaska przyroda budzi się wiosną do życia. Topniejące śniegi zamieniają się wtedy w wodę, górskie żleby w rynny, a urwiska czy sterczące przy drogach skały w wodospady. Dopóki na wierzchołkach gór dookoła położonego w dolinie Kury, Metehi zalegał śnieg wciąż było chłodno. Dopiero gdy śnieg stopniał pogoda wyraźnie się ociepliła i ustabilizowała. Wzgórza zmieniały kolor. Po ustąpieniu śniegu były szaro, ceglasto, beżowe. Wkrótce jednak – na przełomie kwietnia i maja ich wierzchołki i zbocza zazieleniły się świeżą trawą urozmaicając westernowy krajobraz. Codziennie rano obserwowałem ten wspaniały widok skracając sobie drogę do szkoły według wskazówek Miszy. W maju spadł grad wielkości piłeczek pingpongowych, który uszkadzał stojące pod gołym niebem samochody. W tym samym miesiącu pojawiły się też pierwsze świeże owoce. To były zielone i czerwone Tkemali – podobne do śliwki i z pestką w środku, które dzieci na szkolnym podwórku w czasie przerw zjadały prosto z krzewów. Większe ilości gospodynie własnym sumptem przerabiały na smaczny sos – wyśmienity dodatek do mięs i warzyw. Odtąd co dwa, trzy tygodnie pojawiały się kolejno nowe mniej lub bardziej egzotyczne owoce. Tak miało być, aż do późnej jesieni i początków zimy kiedy w Batumi pojawiały się świeże cytrusy.

 ***

Trzy kilometry od Metehi, znajdował się most kolejowy, dzięki któremu pociągi kursujące po głównej magistrali pokonywały Kurę. Do dziś mieszkańcy wspominają jak w czasie wojny pięciodniowej lotnictwo rosyjskie zbombardowało ten most. Wielkie było ich zdziwienie, kiedy po kilku dniach do odbudowy mostu jako pierwsza zgłosiła się ekipa z Armenii. Okazało się, że choć Armenia była głównym sojusznikiem Rosji na Kaukazie to pozostawała uzależniona od transportowanych przez ten most towarów.

Jak się żyje w Gruzji?

Często w Gruzji i po powrocie do Polski słyszałem pytanie: „Jak tam się żyje? Ile wynosi średnia pensja?” Nie można dobrze odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Zawsze miałem wrażenie, że odpowiedź na drugą część pytania, na którą można odpowiedzieć w miarę precyzyjnie i krótko wprowadza mojego rozmówcę w błąd.

– Ponad tysiąc dolarów miesięcznie!?! – ekscytowali się moi gruzińscy rozmówcy porównując średnie wynagrodzenie w Polsce do swoich dochodów. Nie brali przecież pod uwagę cen mieszkań, paliw do jego ogrzania w czasie dłuższej i surowszej zimy, podatków, tempa życia i stresu na jakie statystyczny Polak jest narażony w pracy.

Około osiemset złotych?!? Jak można utrzymać rodzinę za takie pieniądze? – dziwili się moi polscy rozmówcy nie słuchając dalej, że Gruzini zwłaszcza ci, którzy mieszkają na wsi nie mają: stałych wydatków związanych z zaopatrzeniem w wodę czy wywóz śmieci, znacznie niższe koszty ogrzewania, śmiesznie niskie podatki i nie są skrępowani niepotrzebnymi regulacjami.

Zwykle każdy żyje tak jak się urządzi – każdy inaczej. Trudno dziś chyba pisać o państwach bogatych, biednych czy średnim standardzie życia skoro do wielu bogatych państw w dobie globalizacji zastukała bieda… i odwrotnie. W biednych państwach spotkać dziś można enklawy bogactwa.

Mylące w przypadku porównań Gruzji będzie porównywanie średniej wielkości PKB na mieszkańca do państw UE, stosowanie Indeksu Big Maca czy nawet porównywanie miesięcznych pensji do pensji w Polsce. Wszystko zależy przede wszystkim od indywidualnych uwarunkowań. Jestem jednak przekonany, że w Gruzji można znacznie taniej niż w Polsce urządzić sobie wygodne życie. Gruzini to potrafią. Pogodne usposobienie, gęste sieci kontaktów, wzajemna życzliwość i zaufanie więcej znaczą niż tysiące dolarów rocznego PKB.

Metehi zaliczało się do żyznych, rolniczych okolic Gori. Mimo, że rodzina z którą mieszkałem nie miała w zasadzie stałego źródła dochodu, to jednak dzięki umiejętnemu wykorzystaniu własnych zasobów i dyscypliny, z którą od wiosny do jesieni pracowali, niczego im nie brakowało. Stałe co miesięczne wydatki obejmowały w zasadzie jedynie rachunki za energię elektryczną. Oprócz tego „na zewnątrz” kupowaliśmy jeszcze tylko mąkę, cukier, kartofle, paliwo do samochodu, zasilaliśmy konta naszych telefonów, a ja dodatkowo modem do internetu. Na łące pasły się krowy, dzięki temu w domu było zawsze świeże mleko, twarogi, sery i naturalny jogurt zwany „matsoni”. Po podwórzu zimą biegały kury. Od końca kwietnia sąsiedzi podrzucali nam lub zapraszali na świeżo złowione ryby. Odpowiednio uprawiane ogródki, które powstały z podziału ziem po dawnym kołchozie dostarczały warzyw, owoców, a przetworzone można je było przechowywać w piwnicy aż do wiosny. Piwnica to temat, przy którym warto się zatrzymać. Było tu sporo wybornego sosu z zielonego i czerwonego Tkemali, którego dodawałem niemal do wszystkiego zwłaszcza do mięs i pieczonych kartofli. Ponadto marynowane i niemarynowane pomidory i różne wariacje na ich temat – między innymi ostry sos: Adżika. Warto wiedzieć, że w Gruzji pomidory są jaskrawo czerwone, soczyste i słodkie i ni jak nie da się ich porównać do tych kupowanych w polskich marketach. W ogóle wszyscy moi rówieśnicy z zachodu mieli podobne zdanie na temat żywności. Mój przyjaciel Paul z Drezna ujął to w ten sposób: – Wszystkie sprzedawane u nas jabłka wyglądają atrakcyjnie – są czerwone i bardzo podobne do siebie. Jabłka, które tu jem są zielone, każde jest inne i nie wyglądają tak apetycznie, jednak smakują dwa razy lepiej niż te, które kupuję u siebie.

W piwnicy oprócz kompotów z wiśni i gruszek, w zalanych słodkim syropem słoikach stały śliwki i brzoskwinie. Na grubych białych nitkach wisiały słodkie Czurczeli – orzechy w zastygłym, słodkim winogronowym musie, które przybysze z zachodu potrafili pomylić z wędliną, a sprzedające je emerytki reklamować jako „Georgian Snickers”! Jednak najważniejsze w piwnicy było tych kilka tłustych gąsiorów z białym i czerwonym winem legendarnej jakości.

Tamila serwowała te wszystkie specjały regularnie, o stałych porach i od serca. Jedliśmy zawsze wszyscy razem, a na wspólnym stole do obiadu i kolacji było wino i wznosiliśmy toasty. Kolacja była zawsze obfita i uroczysta, a na stole znalazły się zawsze jakieś nowe potrawy. Lekko osłodzona i stale podgrzewana herbata z lipy, którą pamiętałem jeszcze z czasów dzieciństwa w rodzinnym domu miała swój specyficzny aromat. Na stole często gościło chaczapuri – zapiekany placek z serem, czakapuri – gulasz bogaty w gruzińskie aromatyczne przyprawy, tolma podobna do naszych gołąbków, z tym, że zawijana w winogronowe liście czy dość ostre dobrze przyprawione zupy na wołowinie. Ja czekałem i delektowałem się ulubionymi: chinkali, które można porównać do pierogów z mięsem wołowo – wieprzowym wypełnionym dodatkowo soczystym bulionem i mcwadi – szaszłykiem z baraniny pieczonym nad wolno tlącymi się gałązkami winogron. Na deser było zawsze jakieś ciasto. Zimą dostępne były świeże cytrusy i przetwory z owoców z zeszłego roku. Wszystko to przygotowywane było z myślą o domownikach, a nie zysku ze sprzedaży. Białe wino, którym Gogi szczycił się we wsi było dla rodziny i przyjaciół. Miało ono jakość i smak szampana, a okoliczne „niebieskie ptaki”, które wymyślały niestworzone fortele by wyprosić choć parę litrów najczęściej były odsyłane z kwitkiem. Mnie szczególną przyjemność sprawiało czerwone wino dawkowane oszczędnie choć nie rzadko. Czerwone wino o choćby porównywalnym smaku było w Polsce nieosiągalne lub nieprzyzwoicie drogie. W Gruzji sprzedawane było po trzy lari za litr czyli mniej więcej za sześć złotych. Sprawdzałem wielokrotnie.. i muszę przyznać, że jakość wina z naszej piwniczki była trudna do odnalezienia w Tbiliskich sklepach winiarskich, które obsługują głównie turystów. Na wsi zwykle piło się białe, którego z uwagi na niższy procent i fakt, że nie podnosiło ciśnienia można było wypić dużo więcej. Gdyby jednak kac się przytrafił to z pomocą przychodziła cała gama renomowanych wód mineralnych z Borżomi, Naberlawi i Likani na czele.

Gogi jak wielu Gruzinów miał w ogródku specjalny domek do biesiad. Zawsze stały tam stoły. Zimą można było rozpalić w kominku. Latem było przyjemnie chłodno ponieważ dolna część budynku i fundamenty były zbudowane z dużych kamieni, które w nocy zawsze się wychładzały.

Już pod koniec kwietnia zaczęło się robić ciepło, a z początkiem maja gorąco i coraz trudniej w dni wolne od pracy było usiedzieć w domu. Około dziesięciu kilometrów na zachód od Metehi znajdowały się dobrze zachowane pozostałości skalnego miasta i twierdzy – Upliscyche. To była jedna z głównych atrakcji turystycznych Gruzji. Czasy swojej świetności jako kulturalno-polityczne centrum państwowości przeżywało w starożytności – do czwartego wieku naszej ery. W architekturze wydrążonych w skale pomieszczeń, w których mogło mieszkać nawet kilkanaście tysięcy mieszkańców znawca mógł doszukać się mieszanki stylów typowych dla Anatolii, Persji, pogan i chrześcijan. Z górnej części kompleksu roztaczał się wspaniały widok na dolinę Kury. Kiedy byłem tam w kwietniu widać było snujące się dymy domostw z okolicznych wsi, w tym i Metehi. Powyżej na południe jaśniały w promieniach wiosennego słońca ośnieżone szczyty Małego Kaukazu. Na dole tuż przy rzece w kontraście do młodej, zielonej trawy stały ruiny dolnego miasta zbudowanego z białego kamienia. Kiedy ja robiłem zdjęcia mój przyjaciel Winn rozszyfrowywał napisy na ścianach kaplicy, dzieciaki z wycieczki klasowej wskakiwały i chowały się w kotłach skalnych wydrążonych przez wodę.

W Gruzji warto dysponować własnym środkiem transportu. Podróż samochodem dostarczała niesamowitych wrażeń – krajobraz szybko się zmieniał i nigdy nie był monotonny. Szosy wiły się między lasami i zboczami. Mało było odcinków po płaskim terenie. Przeważnie jechało się z góry lub pod górę. Nie inaczej było i tym razem. Nasz Opel dzielnie piął się w górę pokonując szare serpentyny asfaltu rozdzielające zieleń majowego lasu. Śnieg, który zalegał na wyższych wzniesieniach i na tle błękitnego nieba przypominał, że u góry jest znacznie chłodniej niż w dolinach. Jednak nawet u góry promienie słońca rozgrzewały kabinę. Za wierzchołkiem zawsze czekała widokowa niespodzianka i kolejne wiraże tym razem w dół. Po kilku godzinach takiego relaksu przejechaliśmy przez Telawi największe miasto Kachetii. Znaleźliśmy się w dolinie rzeki Alazani skąd pochodzą jedne z najlepszych gruzińskich win. Dojeżdżaliśmy do otoczonego przez winnice Kwareli słynnego z małych bardzo słodkich winogron Kindzmarauli o intensywnej ciemnej barwie. Tutaj urodził się i mieszkał słynny gruziński poeta, pisarz i dziennikarz Ilja Czawczawadze. Głównymi atrakcjami turystycznymi były: jego dom zamieniony na muzeum, odrestaurowane centrum miasta i cerkiew. Obok miasteczka zwróconego ku słonecznemu południu, nad którym od północy górował masyw Kaukazu przepływa potok, który wynosił i rozrzucał dookoła swojego koryta drobny materiał skalny. Potok wpadał do Alazani. W zależności od pogody potrafił zamienić się w rzekę. Nieopodal miasteczka znajdowało się sztuczne jezioro umieszczone na specjalnie zbudowanej półce. Dookoła był park i deptak. Po jeziorze można było popływać łódką lub rowerem wodnym. Ze względu na widoki, było to doskonałe miejsce na piknik lub spacer.

W drodze powrotnej następnego dnia zatrzymaliśmy się w Gremi. Do siedemnastego wieku była to stolica królestwa Kahetii. W szesnastym i siedemnastym wieku Gremi było miejscem ożywionej wymiany handlowej na jedwabnym szlaku. Z tego czasu zachowały się pozostałości twierdzy i kościół wybudowane na wzniesieniu. Roztaczał się z nich malowniczy widok na wieś o tej samej nazwie, dolinę Alazani i szczyty Kaukazu. Kościół był otwarty dla turystów, a w wieży urządzono muzeum.

Z okolic Tbilisi warto urządzić sobie całodniową wycieczkę do Borżomi, Zielonego Monastyru i Wardzii. Potrzebny jest własny środek transportu i jeden wolny dzień. My zawsze braliśmy ze sobą wino, chaczapuri i przekąski tak, że mogliśmy urządzić sobie piknik w najbardziej atrakcyjnych miejscach i oszczędzić przy tym na czasie. Niedaleko za Gori dwupasmowa droga ekspresowa z Tbilisi zamieniała się w jednopasmową i biegła dalej po płaskim terenie w kierunku Haszuri gdzie rozwidlała się. Skręcając na prawo przejechalibyśmy przez górzyste tereny i dojechali do Zestafoni i Kutaisi w zachodniej Gruzji. Pojechaliśmy prosto, a szosa która prowadziła nas wzdłuż Kury zaczęła skręcać na południe w kierunku stożkowatych gór bujnie pokrytych zielonym lasem. Borżomi było kilkunastotysięcznym miasteczkiem, które od czasów carskich słynęło ze swojej wody mineralnej. Położone w kotlinie górskiej nad Kurą miało dość łagodny klimat i latem dawało wytchnienie od upałów. Książę Michaił Woroncow namiestnik cara na Kaukazie w latach 1844 – 1854 uczynił je swoją letnią rezydencją i wybudował parki. Potem powstało tu uzdrowisko, w którym można było spróbować wód z kilku źródeł lub zanurzyć się w zimnym potoku. Dwa kilometry dalej przy głównej szosie w Likani stał odrestaurowany pałac Romanowów zamieniony na rezydencją prezydenta Gruzji. Woda mineralna „Likani” była obok „Borżomi” i „Naberlawi” jedna z trzech najbardziej popularnych wód mineralnych w Gruzji. Trzydzieści kilometrów stąd, choć znacznie wyżej, położone było Bakuriani – drugi co do popularności ośrodkiem narciarstwa w Gruzji.

Pojechaliśmy dalej główną drogą w kierunku południowo zachodnim. Około pięciu kilometrów za Borżomi zauważyliśmy brązowy znak informacyjny z napisem „Green Monastery.” Jedyna droga prowadziła ocienionym, zielonym korytarzem pomiędzy drzewami. Tuż obok drogi płynął strumyk, przy którym urządziliśmy sobie piknik. W ten upalny majowy dzień od strumyka bił chłód, a głazy i drzewa wokół niego porastał bujny ciemnozielonym mech. W ścianach niewielkiego, ale starego monastyru buszowały małe jaszczurki.

Największą atrakcję zostawiliśmy sobie na koniec. Do Wardzii dotarliśmy po południu. Były to pozostałości po skalnym mieście, w którym niegdyś mieszkała królowa Tamara ze swoim dworem. Na czasy jej panowania przypadł średniowieczny okres świetności Gruzji. W skałach wydrążono około sześciu tysięcy pomieszczeń umieszczonych na trzynastu poziomach. Był tu również klasztor. Kompleks wyposażony był we własne niezależne źródło wody. Szacuje się, że w sumie mogło tu mieszkać nawet sześćdziesiąt tysięcy ludzi. To co pozostało było piękne, nietypowe i udostępnione do zwiedzania pomimo trwających prac konserwacyjnych. Skalne miasto zaczęto budować w 1185 roku za panowania króla Jerzego III. Budowę ukończyła jego córka – królowa Tamara. W 1283 roku Wardzię nawiedziło trzęsienie ziemi. Większość pomieszczeń i tuneli osunęła się w dół i legła w gruzach.

Moje Tbilisi

Tbili po gruzińsku znaczy tyle co ciepły. Według legendy król Wachtang Gorgosal wybrał się na polowanie z sokołem. W czasie polowania sokół miał pochwycić bażanta w powietrzu, ale oba spadły i myśliwi długo nie mogli ich znaleźć. W końcu natrafili na gorące źródło, w którym odnaleźli oba martwe ptaki. Źródeł dookoła było więcej, a król miał zdecydować o wybudowaniu w tym miejscu miasta. Nie wiadomo ile w tej legendzie prawdy jednak faktem jest, że syn króla Wachtanga, Daczi I rozbudował miasto i przeniósł tu stolicę z położonej niedaleko Mcchety, a ciepłe źródła do dziś zasilają łaźnie, które są jedną z wielu atrakcji Tbilisi.

Orzeźwiające kąpiele reklamował sam Aleksander Puszkin, któremu zsyłka na Kaukaz musiała dostarczyć sporego ładunku nowych wrażeń, które umiał przelać na papier. „W życiu nie doświadczałem, ani w Rosji, ani w Turcji większych luksusów niż tbiliskie łaźnie.” Podobnie Lermontow, który pisał: „Żegnaj mi, Rosjo nieumyta…” czuł się tu jak u siebie. Aleksander Gribojedow, szybko wyuczył się gruzińskiego. Tolerancyjne i wielokulturowe elity umysłowe Tbilisi, potrafiły zatrudniać ludzi takiego formatu z najodleglejszych zakątków świata. Pomiędzy Placem króla Wachtanga Gorgosala, a Placem Wolności, na ulicy Leselidzew Starym Tbilisi stoją bardzo blisko siebie synagoga, meczet, kościół katolicki oraz gruziński ortodoksyjny kościół prawosławny. Synagoga i meczet są tak rozmieszczone, że stoją dokładnie naprzeciwko siebie.

Nad Starym Tbilisi góruje Narikała z kościołem św. Mikołaja. Twierdzę wybudowano w czwartym wieku naszej ery. Kiedy odwiedzałem Tbilisi służyła przede wszystkim jako punkt widokowy; jak na dłoni widać z niej było Świątynię Matki Boskiej Metechskiej z charakterystycznym pomnikiem króla Wachtanga Gorgosala na koniu zaraz na drugim brzegu rzeki. Spoglądając dalej w tym samym kierunku widziałem Samebę – Katedrę Świętej Trójcy. Była to największa cerkiew w mieście i zarazem największa świątynia na Kaukazie. Nieco bardziej na lewo stał pałac prezydencki. Nocą Nariakała była ładnie podświetlona i widoczna z daleka. Stare Tbilisi dawniej rozdzielone rzeką Mtkwari było bez wątpienia najpiękniejszą częścią i wizytówką miasta. Dziewiętnastowiecznym konstrukcjom domów z charakterystycznymi drewnianymi werandami, towarzyszyły budynki różnych stylów i epok. Gęsta, niska, różnoraka choć pozbawiona nadmiernych kontrastów zabudowa kryła labirynty schodów i wąskich uliczek, z których jedynie dwie prowadziły na Narikałę.

Największy plac w samym centrum Tbilisi słusznie nazwano Placem Wolności. Ulica Leselidze wiodła aż do tego dużego placu, na który składają się niewielki park, chodniki i duże rondo. Krążyły po nim, po dość swobodnie wyznaczonych trajektoriach samochody wyprodukowane w Europie i w Azji. Większość z nich miała kierownice z lewej strony. O liczbie pasażerów w środku decydował przede wszystkim kierowca.

Większość budynków, które stała przy placu jak i jednej z głównych arterii komunikacyjnych miasta – Alei Szoty Rustawelego wybudowano w dziewiętnastym wieku w stylu neoklasycznym. Były one świadkami wielu podniosłych i dramatycznych wydarzeń w historii Gruzji. Jednemu z nich, które nosiło wile znamion kontynuacji i ewolucji nieco mylnie nadano nazwę „Rewolucji róż”. Przy Alei stałybudynki rządowe, Gruzińska Akademia Nauk, Muzeum Narodowe, teatry i opera. Jak pokazała praktyka ostatnich dziesięciu lat, kto potrafił zgromadzić tu sto tysięcy swoich zwolenników mogł powiedzieć, że rządzi Gruzją.

Mtatsminda ze swoją wieżą telewizyjna i parkiem rozrywki była kolejnym punktem odniesienia widocznym z początku i końca Alei Rustawelego. W ogóle dzięki ukształtowaniu powierzchni nawet zagranicznemu turyście w centrum Tbilisi trudno było się zgubić. Z tego najwyższego punktu dobrze było widać całe miasto. W najbardziej pogodne dni ci bardziej spostrzegawczy mogli dostrzec Kazbek – najwyższy szczyt w tej części Kaukazu. Na Mtatsmindę można było wjechać. Można wejść jedną z dwóch ścieżek, z których jedna prowadziła z Narikały. Druga od podnóża prowadziła przez malowniczo położony Panteon, w którym pochowano kwiat tbiliskiej inteligencji. Jako pierwszy spoczął w nim Gribojedow. Najbardziej znany był chyba Ilja Czawczawadze, liberalny publicysta i propaństwowy działacz społeczny, kanonizowany w 1987 roku przez Gruziński Kościół Prawosławny. Chociaż w Panteonie oprócz Gribojedowa, który jak informują rosyjskojęzyczne źródła miał polskie korzenie, spoczywali jedynie Gruzini to jednak związanych z Tbilisi poprzez swoją pracę i twórczość było wielu Polaków, a pamięć o nich do dziś pozostaje żywa. Najbardziej zasłużyli się zesłani: Józef Chodźko – topograf i geodeta, który większość długiego życia pracował w Kaukaskim Oddziale Topograficznym w Tbilisi, Arnold Walfisz – matematyk, przez ponad czterdzieści pięć lat pracownik Tbiliskiego Instytutu Matematycznego. W Tbilisi malarstwa i rysunku uczył się Zygmunt Waliszewski. Zmarła tu Dagny Juel Przybyszewska.

W okolicy Alei Rustawelego funkcjonowało kilka hosteli. „Why Not” przy ulicy Tabukaszwili – prowadzony przez dwójkę Polaków. Był „Opera Hostel” przy ulicy Beridze prowadzony przez polsko-gruzińską rodzinę. Widać go było z daleka – nad wejściem tak jak w ambasadzie wisiała duża biało-czerwona flaga. Działał „Darchee Hostel” na ulicy Zandukeli prowadzony przez dwie urocze Gruzinki.

Miałem okazję poznać Tbilisi w szczęśliwym dla niego okresie rozkwitu i rewitalizacji. Miasto tętniło życiem, kwitła wymiana międzynarodowa, a na ulicach można było spotkać zachodnich turystów. Otwarcie i rozwój centralizowanego i liberalizowanego państwa miały się powieźć dzięki wymianie ze światem zachodnim. W czasie kiedy mieszkałem i pracowałem w Tbilisi język angielski tak jak we wszystkich stolicach Europy był już tu lingua franca. Teraz chodziło jedynie o to by jego znajomość rozciągnąć na prowincję. Chyba dwadzieścia lat wcześniej nikt rozsądny by w to nie uwierzył. Elity pogrążonego w chaosie wojny domowej, na nowo rodzącego się państewka były rosyjskojęzyczne.

Wszystko co wyżej opisałem sprawiało, że najbardziej liberalne na Kaukazie Tbilisi było miejscem, do którego po wykształcenie ściągała młodzież z całego Kaukazu. Pomagały w tym hojne stypendia i ruch bezwizowy dla mieszkańców północno kaukaskich republik. Kręcili na to swoimi długimi nosami rosyjscy pogranicznicy i FSB… No ale… co mogli zrobić?…Sytuacja i tak była napięta. Zagraniczni studenci mieszkali w akademikach, wynajmowali mieszkania lub opanowywali nowo otwarte hostele. Gdy wchodziło się do jednego z nich, pierwszym symptomem obecności „talibów” była duża ilość butów, które stoją zaraz u progu. Byli przyjaźni, ciekawi, potrafili się bawić i rozmawiać z przybyszami spoza Kaukazu na co u siebie nie mieli zbyt wielu szans. W Tbilisi byli gośćmi. W centrum miasta były też hostele prowadzone przez Polaków. Trzeba przyznać, że muzułmański zwyczaj dobrze się zadomowił również i tu – pozwalał łatwo utrzymać czystość i zaoszczędzić na sprzątaniu.

Tbilisi słynęło z dobrej zabawy, klubów, pubów i restauracji. Po pierwsze wiele z tych lokali dawało zatrudnienie nie tylko barmanom, kucharzom i kelnerom, ale przede wszystkim różnego rodzaju artystom, np.: zespołom muzycznym czy parom tanecznym. Ich niepozorni właściciele, którzy często bawili się z przyjaciółmi i gośćmi tuż obok, dbali byśmy wychodzili z lokalu zadowoleni. Tbilisi zaopatrywane było w wyśmienite, kachetyjskie wino, które świetnie komponowało się z szaszłykami, chinkali oraz innymi gruzińskimi smakołykami. Ci, którzy tu trafiali zawsze byli gotowi do zabawy do późnej nocy, zwłaszcza w rytmie gruzińskich tańców.

Wagoniki Tbiliskiego metra nie różniły się od tych jeżdżących pod Moskwą. Obok Leningradu i Kijowa było to czwarte miasto, w którym wybudowano metro – jedną z wielu pamiątek po epoce ZSRR. Było ono obok żółtych miejskich marszrutek wyposażonych w klimatyzatory i dynamiczne silniki najwygodniejszym środkiem transportu po mieście. Tbilisi liczyło ponad milion sto tysięcy mieszkańców i rozciągało się na ponad dwadzieścia kilometrów wzdłuż doliny Kury.

Mccheta odległa od Tbilisi o około piętnastu kilometrów jest jednym z najstarszych ciągle zamieszkiwanych miast świata. Od trzeciego wieku przed naszą erą do piątego wieku naszej ery była stolicą gruzińskiego królestwa Iberii, a jej zabytki znajdują się na liście UNESCO. W roku 317 król Mirian III przyjął tu chrześcijaństwo, które w 337 roku stało się religią państwową. W Mcchecie u zbiegu rzek Kury i Aragwi we wzniesionej w jedenastym wieku katedrze Sweti Cchoweli mieściła się główna siedziba Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Do 1830 roku ściany katedry pokryte były freskami, kiedy z okazji przyjazdu cara nałożono na nie tynk. Na szczęście część z nich udało się spod tynku wydobyć. Gdy tam byłem wewnątrz wisiały ikony, a jedna z nich upamiętniała wspomnianego już Ilję Czawczawadze. Gruziński alfabet powstał najpóźniej w trzecim wieku przed naszą era wciąż był w użyciu. Gruzinom, którzy w szkole rzetelnie uczyli się języka starogruzińskiego nie nastręczało specjalnych trudności rozszyfrowywanie napisów na ścianach gruzińskich cerkwi.

Warto było wydać te trzydzieści parę lari na taksówkę z Tbilisi by popatrzeć na Mcchetę z góry. Spod monastyru Dżwarii widok w pogodne dni, których tu nie brakowało zapierał dech w piersiach. Już samo ujście Aragwi do Mtkwari było dla turystów atrakcyjne. Widać stąd było całą Mcchetę z Sweti Cchoweli i wijącą się między górami od zachodu Kurę. Bystry obserwator mógł dostrzec pewną prawidłowość w rozmieszczeniu monastyrów na wierzchołkach gór. Z każdego z nich widać było dwa inne. Dawniej tworzyły one sieć dzięki, której informacja o wkraczających wojskach nieprzyjaciela szybko docierała do stolicy.

***

Gruzini wierzą, że ci, którzy dobrze poznali te malownicze i ciekawe miejsca w samym sercu Gruzji, bogate gruzińskie tradycje i obyczaje na pewno zechcą tu jeszcze powrócić. Ta wiara ma swoje podstawy, siłę i piękno. Pewnie dlatego moi gruzińscy patroni nie szczędzili czasu i wysiłku by dokładnie mi wszystko pokazać.

 

Na stadionie

Zima w Tbilisi powoli się kończyła kiedy z Leilą wybraliśmy się na mecz. Tego dnia Gruzini grali w piłkę nożną z drużyną Albanii. Chociaż straszono nas, że na pewno nie ma już biletów my bez trudu kupiliśmy dwa tuż przed wejściem na mecz na stadionie Lokomotiwu Tbilisi. Ludzie ciągnęli na stadion. Pomimo końca lutego tego wieczoru niebo nabrało różowego blasku zachodzącego słońca i było kilka lub kilkanaście stopni powyżej zera – całkiem ciepło jak na tę porę roku. Przed bramą ustawili się przekupnie w większości emeryci, którzy dorabiali do stularowej emerytury. Sprzedawali kibicom orzechy, ziarna słonecznika i piwo. Przed wejściem do sektorów stali ochroniarze, którzy sprawdzali czy nie wnosimy przypadkiem niebezpiecznych przedmiotów. Kto kupił puszkę z piwem ten musiał ja im oddać, albo zawrócić by za rogiem wypić i wrócić z powrotem. Co przezorniejsi kupowali gazety lub brali je z domu. Szczęśliwi posiadacze płacht papieru mogli je teraz położyć na zakurzonych plastikowych krzesełkach i usiąść nie brudząc sobie spodni. Leila była jedną z niewielu dziewczyn w sektorze i to wywołało zaciekawienie. Wkrótce zaczął się mecz, jednak trybuny nie wypełniły się do końca. Publiczność poddała się emocjom i zaczęła dopingować swoją drużynę narodową. Przed nami stali wierni kibice ubrani i pomalowani w barwy narodowe, czyli na biało i czerwono w czym przypominali polskich kibiców z Euro 2012. Od czasu do czasu walili w bębny. Jednak już w trzeciej minucie przyszły chwile dramatu. Nieupilnowany przez gruzińskich obrońców napastnik znalazł się pod gruzińską bramka i strzelił pierwszego gola w tym spotkaniu. Wtedy dowiedziałem się, że gruzińska piłka podobna jest do polskiej między innymi dlatego, że drużyna narodowa najczęściej bierze w skórę. Właśnie dlatego trybuny nie były całkiem wypełnione i mogliśmy kupić bilet tuż przed wejściem. To był niemal gruziński dramat narodowy. Leila tak samo jak ja identyfikowała się z gruzińską drużyną. Po prostu nie sposób nie było się poddać zbiorowym emocjom. Wokół zapanowała konsternacja i cisza przerywana jedynie sprzeczkami. To starsi, nieprzywykli do tłumu górale potrafili awanturować się gdy młodsi zasłaniali im widok. W ten sposób dodawali dodatkowego dramatu sytuacjom gdy piłka była niebezpiecznie blisko gruzińskiej bramki i stojący przed nimi z przejęcia wstawali by lepiej widzieć. Gdy inicjatywę przejmowali Gruzini, kibice gorąco ich dopingowali. To właśnie kibice pierwsi pozbierali się po utraconej bramce i to oni chwilowo grali intensywniej niż sama drużyna! Z każdą minutą doping się wzmagał. Gdy inicjatywę przejmowali Albańczycy z trybun sypały się gwizdy, buczenia i szyderstwa, które nie wiele miały wspólnego z fair play. Były jednak skuteczne i dałbym głowę, że momentami pod ich wpływem Albańczykom plątały się nogi. Albańczycy wygrywali, jednak nie byli u siebie i chcąc nie chcąc musieli grać pod dużą presją… presją kibiców. Wreszcie… w ostatniej minucie pierwszej połowy… Gruzini wyrównali wynik! Podnieceni wspaniałym widowiskiem kibice mogli opanować nerwy i wrócić do swoich orzeszków, słoneczników czy przemyconego w jakiś sposób piwa i przygotować się na dalszy ciąg emocji.

Krótko po tym jak sędzia swoim charakterystycznym gwizdkiem „Foxa” otworzył drugą połowę meczu znów przeżywaliśmy dramat. Wyglądało na to, że to Albańczycy lepiej wykorzystali przerwę w szatni. Zaczęli bardzo mocno i dzięki wzmożonej aktywności raz po raz zagrażali gruzińskiej bramce. Jednak tak jak poprzednio swoją grę znowu zaczęła publiczność. Na Albańczyków znów posypały się z trybun gwizdy, buczenia i szyderstwa. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że przeklinano też i gruzińskich nieudaczników. Na trybunach nie było kibiców którzy kibicowaliby Albańczykom. Jeśli nawet znaleźliby się tam przez przypadek trudno by im teraz było się ujawnić. Ich drużyna nie mogła więc liczyć na doping. Rywale stopniowo opadali z sił i wyraźnie nie mogli przyzwyczaić się, że grają nie tylko z drużyną przeciwnika, ale i z krewkimi kibicami. Coś takiego widziałem pierwszy raz w życiu. W osiemdziesiątej ósmej minucie wymęczeni Albańczycy popełnili błąd wykorzystany natychmiast przez Gruzinów. Padła bramka. Już w trakcie meczu kibice mogli rozpocząć świętowanie. Od zwycięstwa dzieliła nas już tylko minuta lub dwie. Niemal wszyscy wspólnie bawili się w falę, która raz po raz zataczała na trybunach kręgi. Radości nie było końca. Z Leilą cieszyliśmy się podwójnie. Przeszliśmy kolejny etap wtajemniczenia – dowiedzieliśmy się jak się kibicuje i jak się wygrywa w Gruzji.

***

Nie minął tydzień kiedy mój tbiliski przyjaciel Giorgi, któremu przywiozłem drobny upominek z Polski zadzwonił do mnie. Chciał się zrewanżować.

 – Jak się masz? Butelka dotarła do mnie. Czy nie chciałbyś się wybrać ze mną i z moimi przyjaciółmi na mecz rugby? Za tydzień nasza drużyna gra z Rosjanami. Mamy ostatnie bilety.

Nie trzeba mnie było długo namawiać. Zapowiadało się, że tym razem będzie nieco inaczej choć jak to w Gruzji – nie mniej ekscytująco. Rzeczywiście nie było już biletów. Przed stadionem stały koniki, które oferowały bilety z kilku, kilkunastokrotną przebitka, na co oczywiście większości Gruzinów nie było stać. Teraz na stadion ciągnęły tłumy, które szczelnie wypełniły wszystkie sektory. Na gruzińską reprezentację w rugby nie było mocnych. Wielu było chętnych zobaczyć nie czy, tylko jakie cięgi weźmie rosyjska drużyna. Atmosfera dopisywała. W zasadzie już po pierwszym kwadransie można było przewidzieć jakim wynikiem zakończy się spotkanie. Gruzińscy gracze dominowali nie tylko tężyzną fizyczną, ale i aktywnością oraz techniką. Twarze kibiców promieniały i gorzały w ferworze wykrzykiwanych porad. Kibice znów byli bardzo aktywni. Bez skrupułów wchodzili w rolę selekcjonera. Dam głowę, że część autentycznie czuła się autorami sukcesów drużyny. Znów wybuchały sprzeczki. Kibice siedzący wyżej strofowali tych stojących poniżej kategorycznie żądając od nich niezasłaniania. Mecz zakończył się wynikiem 46 – 0. Tego wieczoru Tbilisi wypełniło się trąbiącymi samochodami ozdobionymi w gruzińskie flagi. Założę się, że nie jeden z kibiców obudził się nazajutrz z bólem głowy.