Mikołaj Czuba

Jeśli chcesz wesprzeć autora w pracy nad kolejnymi tekstami zasil konto:

39 1140 2004 0000 3702 3544 9261.

Reklamy

W Batumi

To były pierwsze dni września kiedy swoją przekorną naturę przypłaciłem zesłaniem. Jednak fortuna mi sprzyjała. Znalazłem się na plaży w Batumi gdzie Mały Kaukaz schodził do Morza Czarnego. Trwała tu nieustanna walka żywiołów. Metaliczny stukot jaki wydawały kamienie rzucane przez fale na brzeg brał się z silniejszego niż nad Bałtykiem przyboju. Z czasem ścierał on część kamieni na piasek. Kamienista plaża rosła o kilka metrów każdego roku. Materiał przynoszony był z gór przez rzekę Czoroki. Później kamienie były przesuwane przez prądy morskie. W ten sposób batumska plaża ciągle rosła.

Na plaży jeszcze we wrześniu stacjonowali ratownicy. Ich praca wymagała elastycznego godzenia dwóch sprzeczności. Po pierwsze pilnowali dobrego samopoczucia gruzińskich księżniczek. Po drugie uważali by Posejdon i Afrodyta nie pochłonęli kolejnych śmiałków.

Pojedyncza nietypowa fizjonomia wzbudziła zaciekawienie jegomościa w moim wieku, który doglądał tu swojego plażowego interesu.

 – Skąd do nas przybywasz bracie? Może leżaczek? – odezwał się po rosyjsku.

 – Jestem Polakiem, ale dopiero co przyjechałem i właśnie spaceruję po plaży.

 – Jak ci się podoba nasze miasto?

 – Rzeczywiście robi wrażenie, ale widzę, że jest w budowie i za jakiś czas będzie tu jeszcze piękniej. – To wystarczyło żeby się polubić.

 – A Gruzinki? Te u nas na plaży… Podobają ci się? – kontynuowaliśmy luźną rozmowę. Gdy zamilkliśmy wyciągnąłem z kieszeni pomarańczowy gwizdek „Foxa”, którego używałem w pracy, do której miałem sentyment i którą teraz biernie obserwowałem. Moja ciekawość i przekorna natura dzięki, którym się tu znalazłem skłaniały mnie do interakcji chociażby przez zwykłe przeszkadzanie. Zacząłem bawić się gwizdkiem pogwizdując coraz głośniej. Ratownik spojrzał spode łba w naszym kierunku. Mój dotychczasowy rozmówca krzyknął: – On jest ze mną. Jest tu gościem. Natychmiast zamknęło to sprawę. Odtąd zawsze miałem wrażenie, że przysługiwał mi w Gruzji specjalny status – byłem gościem. Postanowiłem jednak nie szafować swoimi przywilejami. Przynajmniej bez potrzeby.

Latem do popołudnia życie w Batumi toczyło się na plaży, w parkach, przy bulwarze i fontannach. Chłodniejsza niż powietrze woda i bryza orzeźwiały i dawały wytchnienie od rozgrzanych ścian budynków i ulic oraz zgiełku największego portowego miasta Gruzji. Plaża i bulwar kończyły się w porcie. Na redzie stały tankowce po kolei wypełniane w porcie naftą, która docierała tu koleją i rurociągiem z nad Morza Kaspijskiego. Od północnego zachodu nad portem górowała Mtirala. Mimo, że od wybrzeża oddalona była o około sześć kilometrów, miała wysokość ponad tysiąca trzystu metrów i ponad trzysta deszczowych dni w roku. Wokół Mtirali zwykle wisiały chmury. Benze, które znajdowało się po drugiej stronie portu w tym samym kierunku co Mtirala było już właściwie dzielnicą Batumi. Dawniej w BeNZe skrót od „Batumskij Neftepererabatywajuszczij Zawod” swój rewolucyjny marsz po władzę rozpoczął Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili znany szerzej pod pseudonimem „Stalin”. Gdy mieszkałem w Batumi stało tam godne polecania muzeum braci Nobel.

Dynamiczny rozwój Batumi rozpoczął się w tysiąc osiemset siedemdziesiątym ósmym roku w granicach carskiej Rosji od nadania miastu statusu porto franco. Wcześniej jednak trafiło tu na zesłanie jeszcze po powstaniu listopadowym sporo Polaków. Później Car nie zrobił już tego błędu. Osuszania błot, które otaczały miasto podjął się Polak w służbie carskiej generał Żygulski. Podobno Polaków nie brała malaria. Mieli stosować się do zwyczajów i rad mieszkańców okolicy. Ci z sympatii nie szczędzili im rad. Problem malarii rozwiązywano dietą wzbogaconą o znaczne ilości zielonego pieprzu. Dwukondygnacyjna, kameralna zabudowa przylegającego do portu starego Batumi z meczetem oraz centrum miasta pochodziły właśnie z tego okresu. W centrum stały synagoga, kościół katolicki obrządku ormiańskiego. Gruziński kościół prawosławny został wybudowany w pierwszych latach XX wieku jako katolicki. Mieszkańcy twierdzili, że został wybudowany przez … Polaków, choć na pewno sponsorami byli bracia Zubalaszwili. Na przełomie XIX i XX wieku do Gruzji Polacy jeździli podobnie jak dziś jeżdżą na zachód. Można tu wtedy było zarobić. Pod koniec XIX wieku w Gruzji co drugi lekarz, co drugi inżynier kolejowy, architekt był Polakiem, a budowano wtedy sieć Kolei Zakaukaskiej.

Kilka lat wcześniej na drugim końcu Zakaukazia w oddalonym o osiemset kilometrów Baku gorączka nafty ogarnęła przybywających na dzikie południe poszukiwaczy szybkiego zysku. Wśród nich znaleźli się przypadkiem szwedzki chemik Robert Nobel, brat Alfreda i Ludwika. Bogate rodzinne doświadczenie inżynierskie i biznesowe szybko przekuwał w realne sukcesy i w miejscu dzisiejszego Benze wybudował rafinerię. Wysoka sprawność ekonomiczna przedsięwzięć braci Nobel była efektem wysokiej sprawności organizacyjnej, harmonijnie połączonej z misją cywilizacyjną. Troska o warunki bytowe pracowników, dostarczanie paliwa do lamp, a wkrótce i do silników szybko przełożyło się na sympatię i popularność. Ich produkt stopniowo wyparł naftę amerykańską z rynku rosyjskiego. W miarę upływu czasu i wzrostu produkcji coraz więcej nafty trafiało najpierw koleją, później ropociągiem do Batumi. Tu Morze Czarne z jednej strony otwierało światowe rynki, z drugiej strony wystawiało na konkurencję z Rothschildami i Rockefellerami. Do Batumi zjechali najzamożniejsi ówczesnego świata. Powstały hotele, domy, kafejki, budynki administracyjne i portowe obsługujące międzynarodową rzeszę biznesmenów. Na pobliskich wzgórzach Chińscy ogrodnicy założyli plantację herbaty.

W porcie wędkarze zbici w gęste grupki niczym kiście winogron wędkowali i gawędzili. Trudno było odgadnąć, która czynność jest dla nich ważniejsza. W te wyjątkowe dni gdy niebo było przejrzyste i bezchmurne na północnym zachodzie dostrzec można było sterczące nad morskim horyzontem ośnieżone szczyty Kaukazu. Zwykle podnoszące się do przejścia nad górami chmury wywoływały przelotne, ale intensywne opady co przesądzało o subtropikalnym klimacie Batumi.

Zachód słońca przynosił ulgę. Temperatura spadała poniżej trzydziestu stopni Celsjusza. Tak jak na moich rodzinnych Kaszubach lubiłem wpatrywać się w morze o zachodzie słońca. Niedaleko ode mnie Ormianie piekli szaszłyki i grali w karty. To był raj na ziemi dla ludzi ciekawych świata, potrafiących delektować się różnorodnością. Teraz szeroko pootwierane kafejki w centrum miasta zaczynały tętnić wielokulturowym życiem. Słychać było gruziński, rosyjski, turecki, angielski i ormiański, a gdzieniegdzie gorące kaukaskie rytmy i muzykę puszczaną do tańczących fontann.

Gdy z mapą w dłoniach przemierzałem odnawiane uliczki w poszukiwaniu ciekawych miejsc zauważyłem, że starsi mieszkańcy mieli wyraźny problem z lokalizacją. Posługiwali się starymi nazwami ulic nadanymi jeszcze w czasach ZSRR. Przebudowywane miasto zmieniało się tak szybko, że sprawne poruszanie się po nim było dla nich problematyczne.

W Batumi były dwie tętniące życiem kafejki, do których często wracałem. „Vinyl” znajdował się w samym centrum niedaleko irańskiego konsulatu. Zza szyb „Press Cafe” dobrze było widać port i remontowane na nabrzeżu statki i wodoloty.

W niewielkiej odległości od Batumi położone były: Sameba ufortyfikowane trzystu metrowe wzgórze z cerkwią i z widokiem na miasto, ogród botaniczny oraz słynne herbaciane pola Batumi.

Batumi było wymarzonym miejscem do wypadów w głąb bogatej przyrodniczo i krajobrazowo Adżarii. Na stromych zboczach Małego Kaukazu porozrzucane były malownicze wioski. Poprzecinane strumieniami i pozszywane mostami linowymi, sprawiały wrażenie jakby czas o nich zapomniał. Szczyty dwutysięczników już od końca września pokrywał śnieg. Każda dolina była inna. Choć wszystkie były podobne, nie było dwóch takich samych domów. Średniowieczne, kamienne fortece i klasztory oraz wodospady harmonijnie dopełniały ten krajobraz.

Stracone pokolenie

Byliśmy przybyszami z zachodu – młodymi Europejczykami i Amerykanami. Dzięki gościnności Gruzinów było nam łatwiej. Większość z nas pracowała w szkołach lub brała udział w różnego rodzaju projektach organizacji pozarządowych. W ten sposób rozpoczynało się nasze życie zawodowe.

Niektórzy z nas byli oczytani, świetnie wykształceni i znali po kilka języków obcych. Nie baliśmy się wyzwań. Ciekawość świata zagnała nas aż tutaj. Pomimo tego „u siebie” – we Włoszech, w Polsce czy w Hiszpanii nie mielibyśmy szans na znalezienie zajęcia, które korespondowałoby z naszymi kwalifikacjami i zainteresowaniami. Tu byliśmy szanowanymi ze względu na wykształcenie, znajomość języków i umiejętności Europejczykami i Amerykanami. Wielu z nas było bogatych w doświadczenia z podróży zagranicznych. Jeśli decydowaliśmy się pozostać tu na dłużej nie musieliśmy zaczynać karier zawodowych od niewdzięcznych i stresujących prac w korporacjach.

Po godzinach pracy, kafejki w większych miastach służyły nam za stałe miejsce spotkań. Byliśmy w podobnym wieku, w podobnej sytuacji i mieliśmy podobne problemy. Było o czym dyskutować. Przynajmniej na początku łatwiej nam było komunikować się ze sobą wzajemnie niż z autochtonami. Wszyscy mieszkaliśmy z gruzińskimi rodzinami i to wymagało wysiłku adaptacyjnego, w którym się wzajemnie wspomagaliśmy. Tworzyliśmy wspólnotę – wymienialiśmy informacje i techniki radzenia sobie z problemami. Ci z nas, którzy w Gruzji byli dłużej mieli już wiedzę i kontakty. Ci, którzy zdołali nauczyć się gruzińskiego byli jeszcze cenniejszymi rozmówcami i to oni nadawali ton naszym spotkaniom. Każdy z nas coś z takiej wymiany informacji wynosił – zwykle więcej czerpał na początku by w miarę upływu czasu coraz więcej wnosić. Mieliśmy wsparcie właścicieli kafejek, którzy interesowali się nami i często mieli na koncie jakieś wyprawy czy dłuższe pobyty w Europie lub w USA. Do „Vinyla” często zaglądali dziennikarze z ulokowanej niedaleko Adżarskiej Telewizji. Można też było napić się piwa czy doskonałego miejscowego wina z przedstawicielami lokalnej, żywej i niezwykle barwnej bohemy artystycznej.

Często dobieraliśmy się w grupy do wspólnych wycieczek czy odwiedzin przyjaciół w innych miastach czy po prostu żeby miło ze sobą spędzić czas. Okazji było całkiem sporo. Mogło to być karaoke organizowane przez Amerykanów w Zugdidi dla zbiórki pieniędzy na jakiś szczytny cel. Były zloty obcokrajowców jak ten w Martwili z meczem Gruzini kontra reszta świata. Wreszcie piękno Kaukaskiej przyrody tej martwej i tej ożywionej sprawiało, że w czasie mojego ośmiomiesięcznego pobytu w Batumi dwóch Amerykanów wzięło sobie Gruzinki za żony – część z nas jeździła więc i na wesela. W ten sposób stracone pokolenie, które w swoich ojczystych krajach musiałoby uczestniczyć w tak zwanym wyścigu szczurów zatracało się tutaj. W Gruzji było łatwiej. Stała praca sprzyjała odnalezieniu spokoju, harmonii, może nie wystawnego, ale za to godnego życia, w którym mogliśmy normalnie pracować i zasłużyć na mniej lub bardziej powszechny szacunek.

Często w grupach jeździliśmy do Tbilisi i korzystaliśmy z jego atrakcji i nocnego życia. Na weekendy ściągali tu podobni do nas wolontariusze z całej wschodniej Gruzji. W Tbilisi natknąłem się kiedyś na Miszę. To był wysoki, rosły Polak przed trzydziestką. Swój pobyt w Gruzji rozpoczął od kilkumiesięcznego pobytu w Swanetii gdzie uczył angielskiego. Ten pobyt w Swanetii musiał mu bardzo pasować. Po pierwsze lubił trekking, po drugie nie wylewał za kołnierz. Teraz prowadził w Tbilisi hostel ze swoim polskim wspólnikiem – prawnikiem; który wcześniej pracował w organizacji zajmującej się pomocą humanitarną po drugiej – rosyjskiej stronie Kaukazu. On mówił po rosyjsku z akcentem. My już nie. Obaj choć znali języki: polski i rosyjski najchętniej posługiwali się angielskim. W miarę jak ich interes rozwijał się, do pomocy wzięli sobie młodego Rosjanina, który niedawno przyjechał do Tbilisi. Byłem akurat w ich hostelu tego wieczoru kiedy w czasie Euro 2012 reprezentacja Polski grała mecz z Rosją. Do pubu poszliśmy razem – we czwórkę. Zdziwiłem się nieco kiedy moi ziomkowie oświadczyli stanowczo i zgodnie, że kibicować będą Rosji. Z początku myślałem, że to żart. Byłem jednak w błędzie. Patrząc na młodego Rosjanina i na to jak kibicuje swojej narodowej drużynie szybko zrozumiałem dlaczego. On nie był jeszcze gotów do zarzucenia myślenia kategoriami narodowymi. Młodym Polakom przychodziło to dużo łatwiej. Ja siedziałem między nimi przy stole i próbowałem zachować neutralność życzliwą polskiej drużynie. Bardzo ucieszył mnie remis. Zdawałem sobie sprawę, że na zwycięstwo Polaków, na które tak liczyli Gruzini były bardzo małe szanse.

***

W czasie jednej z wiosennych wypraw nasza grupka dotarła do niewielkiej wioski Kwerike oddalonej o kilka kilometrów od położonego na wybrzeżu Kobuletti. Sam przejazd niedługim odcinkiem szosy przez górzyste wybrzeże dostarczał mi zawsze sporo frajdy. Pokonywało się tunel przy malowniczo położonym batumskim ogrodzie botanicznym. Później marszrutka pięła się serpentynami w górę, najpierw po zboczu. Później szosa biegła grzbietem góry by znów serpentynami sprowadzić auta do brzegu. W Kwerike stał mały drewniany meczet z siedemnastego wieku, gdy tylko pogoda dopisywała z okolicznych wzniesień był bardzo ładny widok na Elbrus – najwyższy szczyt Kaukazu. Był stąd widoczny jak na dłoni. Nieco wyżej natrafiliśmy na niewielki kościół greckokatolicki. Jak się okazało po rozmowie z mieszkańcami do początku lat dziewięćdziesiątych wieś była zamieszkana głównie przez Greków. Po upadku ZSRR niemal wszyscy wyjechali do Grecji. Ich opuszczone domy wciąż stały we wsi. Dla nas były pomnikami wędrówek ludów, które jak się okazywało wciąż trwały.

 Dustin był amerykańskim żydem. Oczytanie i ambicje naukowe predysponowały go na intelektualistę. Zawsze wieczorem przesiadywał w „Winylu” i chętnie gawędził ze znajomymi, w poczet których mógł szybko zaliczyć wielu wpływowych Gruzinów. W ciągu sześciu miesięcy nauczył się mówić po gruzińsku. Ani ruda czupryna, ani duże okulary w czarnych oprawkach ani śmieszny akcent, z którym mówił nie odbierały mu powagi. Wszyscy bardzo go lubiliśmy. Pomagał innym. Służył dobrą radą i zawsze można było na niego liczyć. Przed przyjazdem do Gruzji studiował antropologię w USA. Chyba chciał się doktoryzować, a pobyt w Gruzji mógł mu to bardzo ułatwić. Widać było, że chce tu zostać na dłużej. Ćmił z rzadka papierosy i nie unikał okazji do zamanifestowania swoich lewicowych poglądów. Regularnie krytykował i narzekał na amerykańską rzeczywistość. Musiało być mu duszno w ojczyźnie. Swojego ojca określał jako człowieka korporacji. W święta kiedy mógł tak jak inni na koszt Ministerstwa polecieć do domu, wybierał podróż w drugą stronę za tę sama cenę. Z wakacji w Azji wracał zawsze opalony, uśmiechnięty i pełen energii.

Gruzini przyjmowali nas takimi jacy byliśmy. Nikt nas nie pytał o proweniencje czy motywy przyjazdu. W szkołach pracowaliśmy z ich dziećmi, które uczyły się od nas języka, otwartości i ciekawości świata. Społeczeństwo, które po ponad dwudziestu latach transformacji znajdowało się w stanie anomii nadal zachowało pewien podstawowy zestaw wartości i względnie wysoki poziom zaufania. Byliśmy w Gruzji i byliśmy gośćmi. W kłopoty najczęściej popadali ci z nas, którzy nie mogli tego zrozumieć.

Dużo większe poczucie wspólnoty dawałoby przejście na Islam. Muzułmanie, których tu obserwowałem żyli w bardzo zwartych wspólnotach i bardzo się o siebie nawzajem troszczyli. Zważywszy jednak obowiązujące rygory, przejście moich zachodnich rówieśników na Islam wymagało by od nich radykalnej zmiany trybu życia. Porzucenie indywidualizmu i rozpuszczenia jego resztek w muzułmańskich wspólnotach było by chyba minimalną ceną. Jakoś nikt nie miał do tego wystarczających chęci. Już życie pomiędzy Gruzinami dawało się nam we znaki. W pobliżu batumskiego meczetu często widywało się młodych pielgrzymów z Azji Środkowej; Kazachstanu, Kirgistanu, Tadżykistanu, Uzbekistanu, Turkmenistanu. Tam po upadku ZSRR Islam święcił triumfy.

***

Tak, wielu z nas było już straconych… Po dłuższym pobycie w Gruzji wiedzieliśmy już, że są alternatywy i można żyć nieco inaczej; nie koniecznie według klisz wysmażonych przez lobbystów w Brukseli czy Waszyngtonie. Ten ostatni też zresztą jeszcze nieco ponad dwieście lat temu uchodził za stolicę państwa straceńców.

Podstawową komórką społeczną jest rodzina

Długa jest historia wojen i podbojów kaukaskich. Tak jak kaukaska natura, która z niespotykaną intensywnością i gwałtownością regularnie o sobie przypomina tak wichry historii, gwałtowne i intensywne nigdy nie omijały Kaukazu. Przyjmuje się, że na Kaukazie, który ma powierzchnię ponad czterystu tysięcy kilometrów kwadratowych; a więc porównywalną z powierzchnią Polski, mieszka ponad sto różnych narodowości. Każda z tych wspólnot operuje własnym językiem i wykształca własne, niekiedy bardzo odmienne strategie przetrwania w tych niezwykle dynamicznych warunkach. Jednak z wielu różnych instytucji jakie się tu wykształciły próbę czasu najlepiej wytrzymała rodzina. To ona spełnia wiele różnych funkcji w innych społeczeństwach zarezerwowanych dla zupełnie innych bytów organizacyjnych.

Rodzinne spotkania są celebrowane w szczególny sposób. W końcu rodzina to jest siła. Najczęściej w czasie uroczystej kolacji przy bogato zastawionym stole, tamada, którym zwykle zostaje gospodarz lub najstarszy, najbardziej doświadczony członek rodziny wznosi kilka, kilkanaście słusznych toastów, które dodatkowo cementują więź. Urodziny, wesela i pogrzeby należą do szczególnie ważnych świąt. Wszystko co odbywa się poza domem, czyli w przestrzeni publicznej wymaga przygotowań i szczególnej pompy. To co odbywa się w domu, między domownikami powinno tam pozostać. Duży pogrzeb czy wesele to takie, które liczą ponad pięciuset gości i trwają przez kilka dni, a najlepiej tydzień. W dwu tysięcznym dziesiątym roku można było taką imprezę zorganizować za dziesięć, piętnaście tysięcy dolarów. Pomyśli ktoś skąd wziąć takie pieniądze w biednym kraju? Odpowiedź nie jest skomplikowana: rodzina… Rodzina powinna być duża. Jeszcze lepiej kiedy jest przy tym wpływowa i bogata. Wtedy jeśli krewni zrzucą się niewykluczone, że młodzi będą mogli wejść w nowe życie z mieszkaniem i samochodem… Może nie zupełnie nowymi, wymarzonymi, ale to przecież zawsze duże ułatwienie na początku. Na weselu nie może zabraknąć wina. W końcu wino to wesele, a wesele to wino. Z reguły jeden z pierwszych toastów jest za miłość. Pogrzeb, który jest emanacją kultu przodków również znajduje odzwierciedlenie w toastach. Przy odrobinie szczęścia pole do popisu znajdą kamieniarz i grawer, którzy tchną w marmur oblicze zmarłego, a może nawet pokażą potomnym jego zainteresowania i pasje. Na pewno zabłysną krewni, którzy przy posiłku i winie z rozrzewnieniem wygłoszą znakomite toasty na cześć odchodzącego. Urodziny to znakomity powód do usprawiedliwienia się w szkole z nieodrobienia lekcji czy nieprzygotowania się na sprawdzian. Niekiedy uczeń zamiast trafić do szkoły na lekcje okazuje się być dalekim krewnym człowieka chowanego właśnie dziś w sąsiedniej wiosce.

***

Czy znowu miałem szczęście? Czy może solidniej się przygotowałem do wyjazdu? Czy byłem bardziej otwarty, tolerancyjny i bardziej podobny do Gruzinów, z którymi mieszkałem? Czy może wynikało to również z braku bariery komunikacyjnej albo z mojego specjalnego statusu gościa? Zawsze udawało mi się unikać konfliktów z rodziną, z którą mieszkałem i to chyba właśnie dlatego zachowałem tak dobre wspomnienia. Oczywiście raz zdarzył się wyjątek, a to dlatego, że wypiłem z Merabim, choć lekarz wyraźnie mu tego zabronił. Wiedziałem o tym. Trzeba było jednak uczynić zadość starym gruzińskim tradycjom. Swój wyczyn Merabi przypłacił potężnym i niebezpiecznym kacem. Oczywiście nie lałem mu alkoholu do ust. Jednak jego matka i żona winiły mnie. Obyło się bez scen i gorzkich wyrzutów. Gdyby jednak stało mu się coś poważnego wiedziałem, że musiałabym się przeprowadzić co byłoby niezwykle kłopotliwe dla nas wszystkich. Na szczęście Mehrabi po trzech dniach „zmartwychwstał”. Później nie raz pomagałem innym, kiedy bariera językowa i kulturowa okazywała się być źródłem niezrozumienia i kłopotów.

Chociaż na początku miałem motywację i zamiar uczyć się gruzińskiego to jednak trafiłem do batumskiej inteligenckiej rodziny, w której doszlifowałem swój rosyjski. Szybko zresztą okazało się, że mężczyźni w wieku powyżej czterdziestu lat lepiej lub gorzej, ale zawsze mówią po rosyjsku. W czasach ZSRR istniał powszechny obowiązek służby wojskowej. Trzeba wiedzieć, że w Gruzji i chyba w ogóle na Kaukazie z reguły to mężczyzna pełni funkcje reprezentacyjne – dba o dobre kontakty w sąsiedztwie, we wsi, na ulicy czy w mieście. Zwykle koło trzydziestki osiąga dojrzałość i sam musi się zatroszczyć o rodzinę. Przeważnie około pięćdziesiątki gromadzi najszerszą wiedzę; bogate doświadczenie życiowe i co chyba tu najważniejsze bogatą sieć kontaktów i znajomości. Od tego zależy status społeczny. To czyni takiego rozmówcę atrakcyjnym. W Batumi ze względu na mniejszości etniczne rosyjski wciąż pozostaje lingua franca. Jeden z moich znajomych, którego poznałem w „Vinylu” krótko i dobitnie wyjaśnił mi to kiedyś:

– Zanim poszedłem do szkoły rosyjski był mi potrzebny by bawić się z innymi dziećmi na podwórku.

MERABI

Z Merabim pod jednym dachem spędziłem grubo ponad pół roku. Był pięćdziesięcioletnim Gruzinem w sile wieku, szeroki w barach, a jednocześnie szczupły i żylasty. Biegle władał rosyjskim. Jedyne co odróżniało go od Rosjanina gdy mówił to brak akcentu. Stąd i ja mówię bez akcentów. Swój dyplom inżyniera zdobył w Leningradzie – mieście, którego już nie ma. Merabi był towarzyski i mimo trapiących go zgryzot nigdy nie tracił swojego pogodnego usposobienia. Szanowaliśmy się i od razu polubiliśmy się.

Nie wiem po co mi były te studia – mawiał – fakt, dobrze się wtedy żyło w Leningradzie. W ogóle do trzydziestki żyłem jak król, do czterdziestki jeszcze nie najgorzej. Teraz… eh, lepiej nie mówić. Dwadzieścia lat temu mieliśmy tu w Batumi trzy mieszkania i worek z drogimi kamieniami. Kiedy wróciłem ze studiów matka mi go pokazała i powiedziała: urządzaj się, zakładaj rodzinę, będziesz żył w dostatku. Mój ojciec był inżynierem i wicemistrzem ZSRR w zapasach. Matka – profesorem chemii. Zawsze zarabiała lepiej od ojca. Pracowała na uniwersytecie i w fabrykach. W dziewięćdziesiątym pierwszym roku to nasze szczęśliwe życie się skończyło. Gdybym nie wiedział jak smakuje bogactwo lżej by mi się teraz żyło.

Kiedy w połowie lat osiemdziesiątych zaraz po studiach wróciłem do Batumi i zacząłem pracować w fabryce papierosów dobrze zarabiałem. Regułą było, że wszyscy ci, którzy tam pracowali wynosili i sprzedawali papierosy na równowartość swojej miesięcznej pensji. Tak robili wszyscy, poczynając od sprzątaczek na dyrektorze kończąc. Jeśli trafił tam przez przypadek nowy, uczciwy pracownik to całe to środowisko było zdeterminowane by nauczyć nowego kolegę uprawianego procederu. Gwarantowało to bezkarność i utrzymanie dotychczasowego pułapu dochodów. Towar był sprzedawany turystom lub marynarzom, którzy tłumnie w tamtych czasach odwiedzali Batumi. Było wśród nich całkiem sporo Polaków. To byli urodzeni handlarze – wspominał dobre czasy Merabi. Przywozili dżinsy i odzież często z Turcji, którą można od nich było kupić za dolary. To była markowa odzież i jak na tamte czasy wyjątkowo dobrej jakości.

Po wysłuchaniu tej historii byłem nieco skonsternowany. Zawsze sądziłem, że to my Polacy i nasza polska „Solidarność” mamy stosunkowo duży wkład w podważeniu ZSRR.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przyjeżdżały do nas, do Gruzji rzesze turystów. To w dużej części byli Rosjanie z Moskwy, Leningradu i innych dużych miast. W większości bardzo porządni ludzie – ciągnął Merabi. W tamtych czasach wielkim powodzeniem cieszyły się nasze cytrusy. Większość mandarynek jakie trafiała do ekskluzywnego kręgu odbiorców w Rosji Radzieckiej pochodziła z Gruzji. Do gospodarza na wsi, który miał ich plantacje podjeżdżała ciężarówka. Rosjanie zbierali mandarynki, ładowali je, dobrze płacili gospodarzowi po czym odjeżdżali. W ten sposób gospodarz kasował całkiem przyzwoite pieniądze, nie kiwając przy tym nawet małym palcem.

Z innych rozmów wiem, że podobnie było z herbatą, którą Rosjanie brali bez względu na jakość i w każdej ilości. Dziś było to źródłem wielu kłopotów. Objawiało się często wyuczonym przez lata lenistwem plantatorów, którzy ani nie szukali zbytu ani nie zbierali swoich plonów. Gruzini tłumaczyli fenomen łatwości z jaką robili interesy z Rosjanami i swoje dostatnie życie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zakodowanym strachem Rosjan przed Gruzinami. W warunkach pielęgnowanego etnocentryzmu było to najprostsze wyjaśnienie, wzmocnione kliszą bohaterstwa Stalina i Berii głoszoną przez oficjalną radziecko-rosyjską propagandę. Niewątpliwie jednak musiało w tym być sporo prawdy. Trudno było wyobrazić sobie by Rosjanie, którzy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przyjeżdżali do Gruzji, nie mieli w swojej zbiorowej pamięci głęboko zakodowanego strachu przed dwoma mrocznymi Gruzinami, którzy zdziesiątkowali ich przodków i okaleczyli wiele rodzin. Wypada jednak od razu dopowiedzieć, że ani Stalin ani Beria nie mieli wiele wspólnego z typowo pogodnymi Gruzinami, których spotykałem, dla których szczęście najbliższych było priorytetem.

Testem dla mojej zażyłości z Merabim i w ogóle z rodziną były wizyty Saszki – neuropatologa, który mieszkał w sąsiedztwie. Był przyjacielem rodziny. Z Merabim znał się od dzieciństwa. Saszka w czasie swoich wizyt często próbował mi udowodnić jakąś swoją wyższość albo przynajmniej zaimponować czymś lub przestraszyć. Zawsze obracałem wszystko w śmiech w czym Merabi bardzo mi pomagał. Chyba oboje mieliśmy niezły ubaw. Sam pompatyczny styl wywodów Saszki prowokował celny, ironiczny odwet.

Wieczorami, gdy nie wychodziłem do „Vinylu” lub „Press Cafe” grywałem z Merabim w warcaby. Siadaliśmy wtedy naprzeciwko siebie z tym wszystkim co mamy. On ze ścisłym umysłem inżyniera; decyzyjnością i błyskotliwością swoich wojowniczych przodków oraz całą swoją emocjonalnością. Ja miałem mniej atutów: byłem gotowy do przyjmowania porażek, ale i wyciągania wniosków, miałem europejską skłonność do dzielenia włosa na czworo. Brakowało mi pewności siebie i w porównaniu do mojego przeciwnika miałem mało rozwiniętą ekspresję.

Bezmiar moich klęsk ograniczany był tylko sporadycznie nawiązywaną walką. Jednak nie wszystkie partie kończyły się wygraną Merabiego. Na początku zawsze uzyskiwał przewagę kilku wygranych partii. Moją szansą było uśpienie jego uwagi, zmęczenie lub zniechęcenie z reguły pod koniec naszych rozgrywek. Graliśmy razem przez kilka zimowych miesięcy i w miarę upływu czasu nasze zmagania nabrały poważnego charakteru.

Mieszkaliśmy razem – pod jednym dachem. Jednak kontekst kaukaskiego tygla narodów powodował, tak jak to wtedy odczuwałem, że w zasadzie reprezentowaliśmy wobec siebie swoje narody. Mnie było niekomfortowo cały czas brać cięgi i nie robić postępów. Merab przeważnie wygrywał, nie był jednak w stanie powstrzymać mnie od wygrywania pojedynczych meczów. Trudno powiedzieć czy właśnie to, że zwycięstwa nie były absolutne było źródłem jego niedosytu. Być może obserwował mnie i próbował mój charakter tak samo wnikliwie jak ja jego. W każdym bądź razie ponawiał codziennie ofertę gry. Czasami nasza rywalizacja przybierała groźny charakter. Spieraliśmy się co do niezapisanego wyniku spotkania, lub co do niektórych zasad. Merabi jako starszy, bardziej doświadczony gracz i jako gospodarz spotkań „ciężar” rozstrzygania w tych kwestiach brał na siebie. Moja pamięć płatała figle i często dążyła do umniejszenia rozmiarów klęski. Wprawiało to w głębokie oburzenie mojego oponenta, który czynił mi wtedy gorzkie wyrzuty. Zaczęliśmy zapisywać wyniki poszczególnych partii. Muszę przyznać na swoją obronę, że w miarę upływu czasu Merabi wygrywał coraz mniejszym stosunkiem punktów.

Zwykle graliśmy po dziesięć – czternaście meczy. Jeśli udawało mi się przerwać pasmo zwycięstw Meraba na samym początku spotkania, wówczas jego choleryczna strona często brała górę nad jego empatią, dzięki której spoglądał na moje pionki z mojej perspektywy. Wtedy moje szanse na wygraną lub remis szybko rosły.

GOGI

Czyli Kachetyjski Giorgi. W Metehi nieopodal Gori, w wewnętrznej Kartlii znalazł się tak jak ja – przez przypadek. Został tam jednak. Nie żałował tego i chyba był szczęśliwy. Jego rodzice w Kwareli chcieli by został uczonym. On jednak zawsze chciał być piłkarzem. Wola rodziców okazała się być nie do pogodzenia z jego marzeniami, tym bardziej, że rodzice byli zdecydowani forsować ją podstępem. Gogi podziękował im za wychowanie i wszystko co dla niego zrobili po czym, co w Gruzji dość nietypowe, miał raz na zawsze opuścić swoje rodzinne Kwareli. Czasy kiedy z reprezentacją Gruzińskiej SRR podróżował po ZSRR do dziś miło wspomina. Podobnie jak służbę w wojsku:

– Moją grupę wysłano na Syberię. My Gruzini źle znosimy zarówno tamtejszy klimat jak i pierwszą długą rozłąkę z rodziną. W zasadzie wszyscy najpierw trafiliśmy do szpitala. Po paru tygodniach w końcu jednak przywykliśmy. Jak większość z nas czekałem na pierwszą dłuższą przepustkę. Pierwsze tygodnie i miesiące były trudne. Jedynie miejscowi byli dość sympatyczni. Na przepustce z niewielkim tobołkiem poleciałem przez Moskwę do domu. W drodze powrotnej do jednostki miałem ze sobą dwie duże stare walizy, które znalazłem w domu. W walizkach umieściłem zbiorniki i po brzegi wypełniłem je najlepszą czaczą. Cała jednostka przez dwa tygodnie chodziła zygzakiem. Odtąd przepustki nie były dla mnie problemem.

Gogi był nadopiekuńczy. Podobno to typowa cecha mieszkańców Kachetii. Choć do szkoły nie było dalej niż półtora kilometra, a we wsi wszyscy znali się jak łyse konie, codziennie rano odwoził do szkoły mnie i swojego siedmioletniego wnuka Giorgiego. Po drodze pozdrawiał wszystkich spotkanych unosząc rękę i trąbiąc klaksonem. To mogła być wyrafinowana gra o prestiż rodziny i swój własny. Nie każdy we wsi mógł mieć taki samochód. Gogi zatrzymywał się i dopóki nie załadował swojej zadbanej Vectry siedmioma, ośmioma dzieciakami niemal wszystkim oferował podwiezienie.

– Potrafię prowadzić. Zawsze miałem samochód choć nigdy nie miałem prawa jazdy. Nie było mi wcześniej potrzebne… Wszyscy mnie znali – grałem w reprezentacji. Gdy zatrzymała mnie policja dzwoniłem do pierwszego sekretarza i na tym się kończyło. Teraz uczę się testów i wkrótce pojadę do Gori na egzamin.

Gogi był amatorem ciastek i wszystkiego co słodkie. Powtarzał, że lekarz wypisał mu na nie receptę. Jego żona dorzucała, że na tej recepcie jest też jazda samochodem. Mnie zaś lekarz zapisał… wino…, które stało u Gogiego w piwnicy.

Szok kulturowy i praca w Gruzji

Większość z nas wyjeżdża za granicę do odległych i egzotycznych zakątków w interesach lub dla wypoczynku. Z reguły są to jednak krótkoterminowe podróże i nie trwają dłużej niż dwa, trzy tygodnie. W ten sposób omija nas jedna z najciekawszych atrakcji jaką jest zjawisko tak zwanego szoku kulturowego. Zwykle jest on tym głębszy im większe różnice kulturowe i problemy z komunikacją – również tą niewerbalną pozostają do pokonania.

Umiarkowana ciekawość, wrażliwość, bystrość, szybkie uczenie się pomagają poradzić sobie z funkcjonowaniem w nowym środowisku. Najważniejsze jest chyba jednak przekonanie, że nie ma kultur lepszych czy gorszych, dobrych czy złych… One po prostu są różne. Warto nawet przyjąć, że są optymalnie dopasowane do kombinacji czynników geograficznych, politycznych, religijnych, historycznych i innych bez przestudiowania i zrozumienia których, lepiej nie pouczać autochtonów.

Na początku wszystko było nowe, ciekawe, egzotyczne, atrakcyjne i fascynujące. Jednak już po dwóch tygodniach gdy rozpocząłem pracę w szkole sprawy nieco się skomplikowały. Ze względu na upał i wilgotność – Batumi ma klimat subtropikalny – po ulicach chodziłem zawsze w krótkich spodenkach tymczasem w szkole…

 – Nie możesz przychodzić do szkoły w krótkich spodenkach. To jest niezgodne z naszą praktyką.

Mariza miała rację. Te same zasady obowiązują w Polsce i w całym cywilizowanym świecie. W Polsce jednak, przynajmniej na wybrzeżu temperatura nie przekraczała nigdy trzydziestu stopni, a powietrze nie było nasycone wilgocią tak jak tu. Należało się podporządkować i choć wydawało mi się, że w długich spodniach zaraz się ugotuję, wytrzymywałem dzięki wlewanym w siebie zimnym płynom. Wkrótce zaczęły się problemy z chronicznym zapaleniem gardła. Trwało to mniej więcej do października kiedy temperatura powietrza zbliżyła się do dwudziestu stopni. Dzięki odstawieniu zimnych napoi i niezaspokojonemu apetytowi na cytrusy i winogrona, które rosły tu nawet w parkach i na ulicach, szybko zapomniałem o początkowych kłopotach z adaptacją.

Do szkoły przychodziłem codziennie, ale na krótko. Później udało mi się zreorganizować swoje zajęcia również dzięki przychylności Marizy tak, że przychodziłem w zasadzie w poniedziałki, środy i piątki. Zakładałem szkolne kluby europejskie, które miały zainteresować, przybliżyć i przetłumaczyć wielkie europejskie idee na język nastolatków. Na początku – w ciągu pierwszych dwóch tygodni wydawało się, że wszystko idzie jak najlepiej. Młodzież w większości z jedenastej i dziesiątej klasy chętnie przychodziła na spotkania. Z dwunastą klasą dałem sobie spokój ponieważ oni skupiali się na egzaminach i myśleli o studiach. Przychodzili z ciekawości. To ja ich ciekawiłem. Postanowiłem, że nie będzie mi to przeszkadzać. Przeciwnie, należało to wykorzystać. Szybko się okazało, że pomimo entuzjazmu, poparcia i deklarowanego wywiązania się z pierwszego zadania – opisania pomysłu na klub i zaproponowania działań trafiło do mnie ledwie kilka prac. To samo w ciągu kolejnego tygodnia, które dałem na poprawienie się. Za powierzchownymi entuzjazmem i zgodą co do słuszności moich propozycji krył się brak gotowości do jakichkolwiek działań. Wkrótce liczne dotychczas grono uczestników spotkań zaczęło się pomniejszać. Wróżyło to poważne problemy.

Odtąd wiele rzeczy, do których musiałem się przyzwyczaić zaczęło mnie irytować. Szczególnie denerwujący był dla mnie brak rozdziału między pracą, a życiem prywatnym oraz brak anonimowości zakrawający o brak prywatności. Jednak gdy dowiedziałem się, że młodzi Amerykanie, wolontariusze Peace Corps trafiali do Adżarskich wiosek i w zasadzie mieli zakaz ich opuszczania przez dwa lata uznałem swoją dolę za luksus, a ich odwagę za straceńczą. Drażniło mnie inne pojmowanie czasu od tego, które obowiązywało w Polsce i w ogóle na Zachodzie. Trudno mi było interpretować permanentne spóźnienia inaczej niż jako wyraz lekceważenia. Tendencja do kolektywnego rozwiązywania problemów i konfliktów przypominała nieraz indywidualnie wyuczoną bezradność, z którą teraz rzeczywiście próbowano walczyć. Niechęć definiowania i co za tym idzie rozwiązywania problemów skutkowała zamiataniem ich pod dywan.

Dużymi krokami zaczął zbliżać się październik i festiwal europejski, który mieliśmy współorganizować. Patronat nad imprezą objęło Ministerstwo Edukacji Kultury i Sportu i kiedy w szkole pojawiła się o tym informacja przygotowania nabrały tempa. Uległo ono zwielokrotnieniu gdy w szkole pojawiła się pani urzędnik z ministerstwa. Na krótko przed festiwalem z udziałem Ministra i zagranicznych gości udało się doprowadzić do prób. Przedsięwzięcie wypadło nie najgorzej. Prezentacja przed gośćmi była oczywiście o dwieście procent lepsza od ostatniej próby.

Kilka miesięcy później byłem świadkiem renowacji cerkwi w starym Batumi na ulicy Parnawaza Mepe przed koncertem Andrea Bocellego na nowo wybudowanym placu. Na początku prace posuwały się powoli, wydawało się, że swoim zwykłym tempem. Na kilka tygodni przed wizytą tempo uległo znacznemu przyspieszeniu, aby na kilka ostatnich dni przed koncertem przyspieszyć do trzech zmian przy sztucznym oświetleniu. Na dzień przed przyjazdem śpiewaka i prezydenta Saakaszwilego położono ostatnie cegły i dachówki. Na Piazzy odbył się uroczysty koncert transmitowany przez telewizję. Po wszystkim raz jeszcze kontynuowano prace renowacyjne. Rozebrano położone w ostatnich dniach cegły i dachówki. Pewnie i tak wkrótce by spadły. Następnie powoli, spokojnie i dokładnie ułożono je raz jeszcze.

W zrozumieniu tego fenomenu i zreorganizowaniu mojej pracy z młodzieżą pomogły mi kluby filmowe prowadzone w Press Cafe. Wysoki poziom tego ciekawego przedsięwzięcia zapewniali wtedy Giorgi Gogiberidze – dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Batumi oraz profesor Giorgi Masalkini – filozof i wykładowca Batumskiego Uniwersytetu. Gdy zauważyli, że regularnie ich odwiedzam puścili „Podwójne życie Weroniki” Kieślowskiego. To był ukłon w moja stronę. Najciekawsze dla mnie było jednak to, że ten klub filmowy spełniał funkcję oddolnego pluralizowania i demokratyzowania społeczności poprzez naukę formułowania i obrony własnego zdania.

Gruzińska sztuka filmowa wskazywała, że w pracy z Gruzinami pojawia się jeden zasadniczy problem. Oni wykazują aktywność jedynie w dwóch skrajnych sytuacjach. Po pierwsze, pod przymusem gdy w grę wchodzą jakieś sankcje. Po drugie, gdy rzeczywiście coś polubią lub pokochają i bardzo chcą. Tak jak połowa miejscowych postanowiłem od razu wykluczyć to pierwsze z arsenału swoich środków. Nie miałem zamiaru zniechęcić młodych do wszystkich Polaków, których spotkają w przyszłości. Po drugie wolałem nie ryzykować ewentualnego spotkania z rodzicami. Trzeba ci drogi czytelniku wiedzieć, że gruzińskie rodziny swoją latorośl otaczają szczególną opieką.

Przychylność Marizy, jak i generalnie władz, wolna ręka co do moich szkolnych inicjatyw, rozbudowane kontakty, sympatia i wiarygodność jaką cieszyłem się wśród przyjaciół z Europy, którzy dla miejscowej młodzieży wciąż stanowili atrakcję, pewien rozgłos, który powstał po Festiwalu europejskim były moimi atutami, które postanowiłem wykorzystać. Pomagała mi Adżarska telewizja, a właściwie Merab – jeden z jej zdolniejszych dziennikarzy. Tych wszystkich atutów było więc całkiem sporo. To mogły być przesłanki przyszłego sukcesu. Nowości w metodach pracy z młodzieżą jakie, cenili i których często używali nauczyciele w mojej szkole obejmowały różne formy gier i zabaw. Poprzez wykorzystanie prostych mechanizmów rywalizacji, pobudzali i angażowali uczniów. Dzięki temu na tych lekcjach nigdy nie było nudno.

Co trzy tygodnie organizowałem konkurs wiedzy o Unii Europejskiej, Polsce, Niemczech, Włochach. Do udziału zapraszałem wszystkie kluby w Adżarii – działało kilka klubów w Batumi, działał klub w Kedzie, a nawet w Szuakewi, bardzo dobrze działał klub w Kobuletti. Konkursem dla wszystkich uruchamiałem całą sieć. Młodzi mieli dwa tygodnie na opanowanie tematu za pośrednictwem anglojęzycznej Wikipedii. Ja przygotowywałem prezentację z pytaniami, lub pomagałem przyjaciołom taką przygotować. Konkurs dotyczący Niemiec prowadził mój przyjaciel z Drezna – Paul, a konkurs dotyczący Włoch poprowadziła Kiara – rodowita Włoszka. Do wygrania były nagrody, które zwycięskie zespoły z różnych szkół dzieliły między siebie. Nagrodami były gadżety promocyjne z ambasad, po które jeździłem do Tbilisi. Ich wartość pewnie jedynie nieznacznie przekraczała cenę biletu w obie strony, jednak miało to tę podstawową zaletę, że ambasady i stałe przedstawicielstwo UE popierały te konkursy co gwarantowało zaangażowanie promocję i jak się później okazało ciągłość współpracy. Młodzi wiedzieli, że ambasady się interesują, a dzięki flagom, proporczykom mieli namacalne dowody, że uczestniczą w czymś ważnym. Zwycięzcy mogli wygrać flash dyski czy biało czerwoną piłkę nożną. Całe moje przedsięwzięcie wymagało planowania co w Gruzji nie było łatwe. Skutkowało jednak ciągłością i kontynuacją na czym bardzo mi zależało. Oprócz poczucia dobrze wykonanej pracy dawało to frajdę wszystkim zaangażowanym. Z Paulem i Kiarą szybko się wtedy zaprzyjaźniłem.

Sztuka wznoszenia toastów…

… jest podstawową umiejętnością w Gruzji jak i na całym Kaukazie. Należy ja szybko opanować bo na pewno się przyda. Gruzinom przychodzi łatwo i naturalnie bo kultywowana jest z dziada pradziada. Toasty wypowiadane przez prostych górali z zapomnianych przez świat wiosek robią często większe wrażenie niż blade, oficjalne toasty koronowanych głów państw. Jest to nie tylko sztuka, ale i tradycja. Stół i toasty to najważniejsze atrybuty i kwintesencja gruzińskiej kultury. Niezwykle żywa, lekka i w ciągłym rozwoju, skoncentrowana wokół stołu i toastów jest zdolna do szybkiego asymilowania. To przesądza o jej żywotności. Wspólnym stołem może być koc, bagażnik lub dach samochodu.

Magida – stół w zależności od okoliczności może być prowizoryczny. W górach, na wycieczce, w podróży czy w pracy zwykły obrus czy chustka z chlebem i serem, z winem, z czaczą lub jedynie wyjątkowo z piwem spoczywa na kamieniu, rzewróconym konarze czy po prostu na trawie . To co znalazło się na stole jest wspólne i nie trzeba pytać czy można się poczęstować. Na cmentarzach, które położone są zwykle na zboczach wzgórz i roztaczają się z nich piękne widoki, obok nagrobków stoją stoły i ławki specjalnie dla wspominania przodków w toastach. Toasty, choć nie abstrahują od aktualnych okoliczności nigdy nie mogą być prowizoryczne.

Tamada jest mistrzem toastów, wodzirejem, dyrektorem stołu, przywódcą, nauczycielem i poetą. Tylko on wygłasza toasty, a inni uczestnicy stołu jedynie wyjątkowo i za jego pozwoleniem. Tamada powinien cieszyć się autorytetem, a wypowiadane toasty potwierdzać jego mądrość, inteligencję lub przynajmniej być ciekawe. Powinien być dobrym organizatorem i zarządzać stołem. Od niego zależy powodzenie imprezy. Tamada powinien „umieć wypić”, nie może się jednak upić. Powaga każdego z wygłoszonych przez niego toastów powinna być potwierdzona przez wypicie „do dna” co dotyczy biesiadników i przynajmniej pierwszych sześciu toastów. Przy stole nie może być nudno, a częstotliwość wygłaszanych toastów i dawki alkoholu powinny być dopasowane do możliwości biesiadników.

Jeśli Tamada posiada odpowiednią wrażliwość jego myśli trafiają do biesiadników i poruszają ich do głębi duszy. W efekcie staje się on niemal duchowym przywódcą, a pomiędzy nim i biesiadnikami wykształca się silna więź. Prawdziwi wirtuozi tej sztuki dają lekcje filozofii i humanizmu, wynoszą przy tym człowieczeństwo na piedestał.

Istnieje zwłaszcza w przypadku większych stołów i spotkań w szerszym kręgu pewien kanon toastów. Oczywiście tamada w zależności od okoliczności może dopuścić się odstępstw od tego kanonu co wynika z konieczności godzenia wszystkich ról, które pełni przy stole lub uczczenia jakiegoś wydarzenia lub święta. Na ogół jednak w czasie biesiady na początku padają toasty za miłość, przodków, kobiety, pokój, dzieci, przyjaźń lub przyjaciół. Jak widać tamadzie przypada nawet rola łącznika przeszłości z teraźniejszością i przyszłością oraz nadawania im sensu. Toasty mogą zawierać krótkie uzasadnienie; dlaczego są ważne. To jest pole do popisu dla tamady. W zależności od niego i biesiadników uzasadnienia potrafią być długie i finezyjne albo proste i krótkie. Zawsze jednak muszą być trafne i zapadać głęboko w duszę.

To są jednak prawdy ogólnie znane. Wnikliwy badacz toastów gruzińskich zauważy znacznie więcej.

Niekiedy Tamada wygłasza toasty za swoich współbiesiadników zwłaszcza za gości. Stara się przy tym podkreślić ich oryginalne i wartościowe przymioty. Powinien jednak uważać przy tym by nie „przelukrować” bo efekt będzie przeciwny do zamierzonego. Taki zabieg uszlachetnia biesiadnika i jeśli się powiedzie to nazwanemu w czasie biesiady w dobrym towarzystwie mądrym będzie trudno na co dzień postępować głupio, tak jak pochwalonej za szczerość i uprzejmość będzie trudno okazywać humory i wyrachowanie.

Ta sama sztuka wznoszenia toastów nieco zmodyfikowana posłużyć może do szybkiego poznania się i zbudowania silnej więzi. W tym wypadku ważne jest aby tamada ustąpił nieco ze swojej autorytarnej roli i dał możliwość wypowiadania toastów współbiesiadnikowi lub w ogóle rezygnuje się z wiodącej roli tamady. Najczęściej jednak tamada stopniowo ustępuje miejsca swojemu współbiesiadnikowi poprzez danie mu możliwości naprzemiennego wygłaszania toastów. Nobilituje to współbiesiadnika i prowadzi do zrównania go z tamadą. Przypomina to trochę wzajemne skanowanie się lub prześwietlanie dusz. Alkohol odgrywa tu rolę katalizatora, a wypowiadane pod jego wpływem toasty – papierka lakmusowego. Bardzo trudno jest ukryć fałsz czy nieszczerość intencji. Tego typu biesiady zdarzyły mi się tylko parę razy – zawsze w Adżarii, a człowieka, z którym wymieniałem toasty uważałem odtąd za swojego przyjaciela.

Muszę się przyznać, że gorliwie praktykowałem i dość szybko opanowałem sztukę wznoszenia toastów. Pomogli mi w tym moi gruzińscy przyjaciele, którzy często pół serio, pół żartem wybierali mnie tamadą. Kanon miałem już opanowany i szybko przyjąłem się w tej roli. W dobrym towarzystwie z łatwością przychodziło mi wymyślanie trafnych i finezyjnych toastów nawet na poczekaniu. Jednak prawdziwą furorę robiłem podczas drugiego pobytu w Gruzji toastem, którego nauczył mnie mój przyjaciel z Warszawy. Znakomicie sprawdza się gdzieś między środkiem a końcem biesiady, kiedy wszyscy maja już dobrze w „czubie” i trudno jest utrzymać podniosłą atmosferę.

 „My zagraniczni turyści lubimy podróżować do egzotycznych krajów. Gruzja dla wielu z nas to właśnie taki egzotyczny kraj. W egzotycznych krajach często można spotkać egzotyczne zwierzęta takie jak tygrys, krokodyl czy wąż w ich naturalnym środowisku. Jeśli jednak taki wąż ukąsi w rękę należy szybko wyciąć nożem kawałek skóry i wyssać zabójczą truciznę z ciała. Podobnie jeśli ukąsi w nogę. Jeśli… jednak… wąż ukąsi w zadek, no… to wtedy… Wtedy warto mieć przyjaciół! Oni właśnie od tego są! Wypijmy za naszych przyjaciół!

Jeśli z tego co napisałem wynika, że Gruzini to naród pijaków i alkoholików to spieszę z wyjaśnieniem, że tak nie jest. Jest wręcz odwrotnie. Gruzini, mimo że nie wylewają za kołnierz, to jednak piją wyłącznie w towarzystwie i przeważnie z okazji świąt lub spotkań. Trudno sobie wyobrazić by wino lub czacza zostały przelane bez wypowiedzenia toastu.

Spośród dwóch najciekawszych toastów na jakie natrafiłem jeden był za abstynentów… a dosłownie za niepijących. Na samym początku pomyślałem, że Gogi będzie szydził. Nic podobnego. Po pierwsze należał do wierzących, a Ilja II – zwierzchnik Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego zabronił wznoszenia szyderczych toastów. Poza tym, miał najlepsze wino we wsi, a sam wypijał raz na dwa lub trzy tygodnie dzięki czemu uchodził za abstynenta. Pochodził z Kachetii co w Kartlii Wewnętrznej nie często się spotykało. Szybko się okazało, że chodziło o coś innego, chociaż inność i odmienność to w tym wypadku dobra wskazówka do interpretacji. Jego toast był za tych, którzy z różnych powodów nie mogą zasiąść razem z nami przy wspólnym stole, świętować i cieszyć się naszym prostym, wspólnym szczęściem. W ten sposób gospodarz uszanował i włączył wykluczonych, chociażby symbolicznie, w to co było dla nas wtedy ważne.

Drugi toast wziął się stąd, że tamada dowiedział się, że jestem dziennikarzem. Ponieważ traktował siebie, mnie jak i to co robiliśmy na serio wygłosił taki oto toast:

Za wierne odzwierciedlenie Gruzinów, tego jak żyjemy i jakimi jesteśmy ludźmi wśród innych narodów. Opisz nas nie lepiej i nie gorzej, ale dokładnie takimi jakimi jesteśmy.”

Między innymi dlatego powstała ta krótka książeczka.